15/08/2026
Z Notatek Skryby
O miejscach, które nie muszą być wielkie
Są miejsca, na których widok człowiek staje i od razu wie, to jest zachwycające. Monumentalne, wysublimowane, dopracowane w każdym detalu. Architekt zrobił wszystko, aby nie pozostawić wyboru. Kamień pnie się ku niebu, marmur błyszczy, złoto odbija światło, kolumny każą podnieść głowę, a przewodniki podpowiadają, ile milionów wydano, ile lat budowano i ilu ludzi pracowało, ilu ludzi pomieści dana budowla, abyśmy właśnie w tej chwili powiedzieli: ale wielkie.
Jaki wspaniałe!
Są również miejsca zupełnie inne. Takie, obok których człowiek niewtajemniczony może przejść, wzruszyć ramionami i pomyśleć, że właściwie nie ma tutaj niczego szczególnego.
Do takich miejsc należy mediolańska La Scala.
Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem jej fasadę, pomyślałem, że gdybym nie wiedział, przed czym stoję, zapewne poszedłbym dalej. Mediolan ma przecież wiele podobnych budynków. Klasycystyczna fasada, kolumny, spokojne proporcje, żadnego krzyku kamienia, żadnej architektonicznej fanfary oznajmiającej przechodniowi, że oto znalazł się przed jedną z najsłynniejszych scen świata. Po spotkaniu z Duomo La Scala może wydawać się wręcz niepozorna. Katedra niemal zmusza człowieka do zachwytu, podczas gdy teatr pozostawia mu całkowitą obojętność.
A jednak wystarczy wypowiedzieć dwa słowa: La Scala.
Dla śpiewaka znaczą one więcej niż wielkość budynku, ilość marmuru czy szerokość schodów prowadzących na widownię. Na tej scenie występowali najwięksi. Tutaj rozbrzmiewały po raz pierwszy dzieła, które później śpiewano na całym świecie. Tutaj rodziły się legendy, lecz również tutaj legendy umierały, ponieważ mediolańska publiczność potrafiła zrobić coś, czego nie potrafi kamienna fasada żadnego teatru. Potrafiła powiedzieć człowiekowi przekonanemu o własnej wielkości, że dzisiejszego wieczoru wielki to ty nie byłeś. Byłeś wręcz przeciętny.
Może właśnie dlatego artyści marzą o La Scali.
Nie po to, aby stanąć na największej scenie świata. Są większe. Nie po to, aby wystąpić w najpiękniejszym teatrze. Są bardziej olśniewające. Chcą wejść tam, gdzie przed nimi wchodzili najlepsi, stanąć w świetle sceny i zmierzyć się nie tylko z partyturą, lecz także z publicznością. Z publicznością, która słyszała już niemal wszystko i która nie musi wierzyć w nazwisko wydrukowane największymi literami na afiszu.
La Scala nie potrzebuje przekonywać, że jest wielka.
Ona sama w sobie jest wielka.
I właśnie wtedy, stojąc przed jej spokojną fasadą, pomyślałem o miejscu odległym od Mediolanu o tysiące kilometrów. O polanie pośród sosnowego, podlaskiego lasu, do której kiedyś dotarłem rowerem. Nie było tam eleganckich kawiarni, tramwajów ani wystaw światowych projektantów mody. Pachniało sosną, żywicą i kurzem. Stała niewielka cerkiew, a wokół niej wyrastały tysiące krzyży.
Grabarka.
Pierwsze spotkanie z nią również może rozczarować. Zwłaszcza człowieka, który wcześniej nasłuchał się opowieści o Świętej Górze i wyobraził sobie miejsce niemal wyrwane z innego świata. Tymczasem przyjeżdża na większą polanę pośród lasu. Widzi niewielką cerkiew, która swoją architekturą może wydać mu się zaskakująco zwyczajna, a nawet obca temu, czego spodziewał się po podlaskiej świątyni. Pamiętam własne zdziwienie. Patrzyłem na nią i myślałem, że bliżej jej formą do drewnianej architektury zakopiańskich Krupówek niż do tych kolorowych cerkwi, za którymi tyle razy jechałem bocznymi drogami Podlasia.
Siedziałem wtedy na ławce.
Byłem zmęczony. W nogach miałem kilometry przejechane rowerem, więc przez chwilę bardziej niż mistycznych przeżyć potrzebowałem zwyczajnego odpoczynku. Patrzyłem na cerkiew, potem na las i na krzyże. Setki, tysiące krzyży, krzyżyków przyniesionych tutaj przez ludzi. Małych i wielkich, prostych i ciężkich, starych, omszałych oraz tych pozostawionych całkiem niedawno.
Każdy z nich ktoś tutaj przyniósł.
Nie ku chwale prezesa korporacji. Nie po to, aby na metalowej tabliczce umieścić nazwę fundatora. Nie dlatego, że ktoś potrzebował pozostawić po sobie dowód własnej hojności. Człowiek brał krzyż na ramiona, niósł go pod górę i zostawiał pośród innych, często bez nazwiska, bez historii i bez oczekiwania, że ktokolwiek dowie się, ile kosztował go ten gest. Przynosił ze sobą chorobę, strach, wdzięczność, rozpacz albo nadzieję. Tego już nie wiedziałem.
I wtedy usłyszałem głos.
Najpierw chyba nawet nie zrozumiałem, skąd dochodzi. Płynął gdzieś spomiędzy drzew, ponad polaną, ponad krzyżami i ponad cerkwią. Czysty, spokojny, niemal pozbawiony ludzkiego wysiłku. Po chwili dołączyły do niego następne i narodziła się harmonia tak doskonała, że przestałem patrzeć na architekturę.
Siedziałem i słuchałem.
Nie wiem jak długo. W takich chwilach czas przestaje być czymś, co człowiek mierzy zegarkiem. Wiem tylko, że ten śpiew chwycił mnie za gardło i odebrał potrzebę komentowania czegokolwiek. Można znać technikę śpiewu, rozumieć wielogłosowość, mówić o akustyce, barwie i harmonii. Można wszystko rozebrać na części i nadać każdej z nich odpowiednią nazwę.
Tylko po co?
Dla mnie był to wtedy anielski chór.
Nie dlatego, że naprawdę wierzyłem, iż pomiędzy sosnami ukryły się anioły. Być może po prostu zabrakło mi lepszego określenia na coś tak czystego, że człowiek przez chwilę nie chce tego dotykać rozumem. Jeszcze kilka minut wcześniej oceniałem cerkiew, porównywałem jej bryłę z innymi świątyniami i zastanawiałem się, czy Święta Góra nie została trochę przereklamowana przez tych, którzy opowiadali mi o niej wcześniej. Teraz było mi zwyczajnie głupio.
Bo znowu patrzyłem na opakowanie.
W Mediolanie popełniłem dokładnie ten sam błąd.
Patrzyłem na La Scalę i widziałem budynek. Na Grabarce również patrzyłem na cerkiew i widziałem budynek. Tymczasem ani La Scala nie jest tylko teatrem, ani Grabarka nie jest tylko polaną z drewnianą świątynią pośrodku. Ich wielkość znajduje się gdzie indziej.
W La Scali są nią głosy.
Na Grabarce również.
Jedne należą do ludzi, którzy przez lata ćwiczyli każdy oddech, każdą frazę i każdą nutę, aby pewnego wieczoru stanąć przed najbardziej wymagającą publicznością. Drugie należą do ludzi śpiewających modlitwę pomiędzy sosnami. Jedni przyjeżdżają do Mediolanu, aby zmierzyć się ze swoim talentem. Drudzy przychodzą na podlaską górę, aby zmierzyć się ze swoją słabością.
A przecież w obu miejscach chodzi chyba o to samo.
O prawdę.
La Scala nie wybacza przeciętności artyście, który uwierzył, że nazwisko wystarczy, aby być wielkim. Grabarka nie potrzebuje przepychu, aby przekonać człowieka, że stoi w miejscu świętym. Jedna odbiera złudzenia tym, którzy pomylili pychę z wielkością. Druga odbiera złudzenie, że świętość potrzebuje monumentalnej oprawy.
Może dlatego obie tak łatwo rozczarowują przy pierwszym spotkaniu.
Nie oferują wielkości gotowej do sfotografowania.
Duomo można objąć szerokim kadrem i przywieźć do domu na karcie pamięci. Monumentalną bazylikę można sfotografować tak, aby człowiek stojący przed nią wydawał się maleńki. Można pokazać złocenia, marmury, kopuły, wieże i powiedzieć: patrzcie, jakie to wielkie. Znacznie trudniej sfotografować ciszę widowni na sekundę przed pierwszą nutą. Jeszcze trudniej sfotografować chwilę, gdy zmęczony rowerzysta siedzący na zwyczajnej ławce nagle przestaje widzieć niezbyt zachwycającą go cerkiew, ponieważ spomiędzy drzew dociera do niego śpiew.
Tego nie da się przywieźć na fotografii.
Można tylko pamiętać.
I może właśnie pamięć jest najlepszą miarą wielkości miejsca. Nie wysokość wieży, powierzchnia budynku ani liczba ton marmuru użytego do jego budowy. Wielkie jest miejsce, które po latach potrafi wrócić do człowieka za sprawą jednego dźwięku, zapachu albo wspomnienia. Miejsce, przy którym nie pamiętamy już nawet dokładnie, jak wyglądało, lecz doskonale pamiętamy, co wtedy poczuliśmy.
La Scala i Grabarka.
Mediolan i Podlasie.
Światowa stolica opery i polana pośród sosnowego lasu. Dwa miejsca, których właściwie nie powinno się ze sobą porównywać, a jednak im dłużej o nich myślę, tym bardziej wydają mi się do siebie podobne. Oba mówią człowiekowi coś, czego najwyraźniej ciągle nie potrafimy zapamiętać.
Wielkość nie potrzebuje wielkiego budynku.
Czasami wystarczy głos.
Głos, który pewnego wieczoru zatrzymuje oddech kilku tysięcy ludzi siedzących w czerwonych fotelach mediolańskiego teatru. Albo głos płynący między koronami podlaskich sosen, który zatrzymuje jednego zmęczonego rowerzystę siedzącego na ławce.
I naprawdę nie wiem, który z nich był większy