Wojciech Bober • strona autorska

Wojciech Bober • strona autorska Piszę, publikuję, recenzuję. Tu zbieram własne teksty, wybrane omówienia i ważniejsze ślady drogi pisarskiej.

Książka z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl. https://nakanapie.pl/recenzje/cervantes-bez-gabloty-swiadek-zwany-cerva...
05/06/2026

Książka z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl.

https://nakanapie.pl/recenzje/cervantes-bez-gabloty-swiadek-zwany-cervantesem

Cervantes bez gabloty

Najmocniej interesuje mnie w tej książce Cervantes jeszcze przed literacką sławą, przed szkolnym portretem, przed całym ciężarem nazwiska, które łatwo zamienić w muzealną etykietę. Begoña Valero bierze postać znaną aż do znudzenia, ale wybiera moment mniej wygodny, bardziej brudny i bardziej ryzykowny: niewolę, powrót, udział w sprawie sądowej, kontakt z miastem, które żyje plotką, interesem i strachem przed wyrokiem. Dzięki temu autor „Don Kichota” nie pojawia się tu jako ozdoba do przyklejenia na okładkę, tylko jako ktoś po przejściach, ktoś zmęczony, ostrożny, doświadczony przez Algier i wciągnięty w sytuację, gdzie jedno zeznanie może zmienić czyjś los. To dobry wybór, bo literatura historyczna najczęściej przegrywa wtedy, gdy za bardzo ufa wielkim nazwiskom, a za mało sprawdza, co można z nimi jeszcze zrobić na poziomie sceny, napięcia i konsekwencji.
Powieść ma dwa główne nurty i właśnie między nimi powstaje najważniejsze napięcie. Algier jest bardziej bezpośredni, fizyczny, oparty na zamknięciu, zależności i cenie wolności. Walencja pracuje inaczej, wolniej, przez sąd, zeznania, podejrzenia, lokalne układy i publiczne poruszenie wokół sprawy młodego rybaka. Valero nie prowadzi tego jak szybkiego kryminału, w którym każda scena musi natychmiast pchać zagadkę do przodu. Ona częściej rozstawia ludzi, pokazuje zależności, pozwala miastu zagęścić atmosferę, czasem z dobrym skutkiem, czasem z wyraźnym przeciążeniem. Są fragmenty, w których czuć, że autorka ma bardzo dużo materiału historycznego i nie zawsze potrafi zdecydować, co powinno zostać w tle, a co naprawdę musi wejść do sceny. Ten nadmiar nie rozwala książki, ale odbiera jej miejscami ostrość.
Najlepiej wypadają te partie, w których realia epoki wpływają na decyzje bohaterów. Gdy niewola oznacza nie tylko zamknięcie, ale także handel, religię, zależność od pieniędzy i łaski innych. Gdy sprawiedliwość nie ma dzisiejszej technicznej pewności, tylko opiera się na słowie, pozycji, nacisku i tym, komu akurat łatwiej uwierzyć. Wtedy Valero pisze najmocniej, bo historia przestaje być dekoracją, a zaczyna być mechanizmem nacisku. Bohaterowie nie poruszają się po ładnie opisanym XVI wieku, tylko są przez niego ograniczani. To widać w układach społecznych, w lęku przed karą, w roli wiary, w relacji między bogatszymi i biedniejszymi, w tym, jak szybko prywatna tragedia może stać się miejskim widowiskiem.
Cervantes jest tutaj najciekawszy wtedy, gdy nie trzeba go podziwiać. Gdy widać w nim spryt, zmęczenie, odwagę, ale też instynkt samozachowawczy. Valero rozsądnie omija najgorszą pułapkę, czyli pisanie o przyszłym geniuszu tak, jakby od początku chodził po świecie z własnym pomnikiem pod pachą. Bardziej przekonuje mnie Cervantes jako świadek epoki niż jako zapowiedź wielkiego pisarza. Jego doświadczenia z Algieru mają ciężar, ale książka nie sprowadza wszystkiego do prostego zdania, że cierpienie automatycznie rodzi literaturę. To byłoby za łatwe. Tutaj bardziej liczy się to, że pamięć o niewoli zmienia sposób patrzenia na wolność, winę i cudze położenie.
Mam jednak z tą powieścią problem rytmiczny. Przy całym szacunku dla pracy dokumentacyjnej, Valero chwilami pisze tak, jakby bała się stracić choćby jeden szczegół. W efekcie książka bywa obszerna nie tylko dlatego, że ma dużą skalę, ale też dlatego, że nie każda scena została docięta do najważniejszego nerwu. Niektóre partie emocjonalne wypadają mniej naturalnie niż fragmenty sądowe i algierskie. Tam, gdzie autorka pokazuje zależność, procedurę, ryzyko albo brutalność systemu, ma pewniejszą rękę. Gdy mocniej wchodzi w uczuciowość, tekst czasem robi się bardziej miękki, mniej precyzyjny, jakby nagle tracił tę trzeźwość, która wcześniej była jego zaletą.
Mimo tych zastrzeżeń trudno odmówić książce ambicji i czytelniczego ciężaru. Nie jest to lekka powieść do przebiegnięcia między jednym obowiązkiem a drugim. Wymaga cierpliwości, zgody na wolniejsze partie i gotowości do wejścia w świat, który nie podaje wszystkiego w krótkich, wygodnych porcjach. Największą wartość widzę nie w samej sensacyjności sprawy ani w atrakcyjności nazwiska Cervantesa, lecz w tym, że Valero potrafi pokazać, jak cienka bywa granica między ocaleniem a cudzym nieszczęściem, między zeznaniem a wyrokiem, między historią zapisaną w archiwum a opowieścią, która po latach znowu zaczyna mieć puls.
„Świadek zwany Cervantesem” nie jest dla mnie powieścią bez wad. Jest miejscami za szeroka, czasem zbyt ufna wobec własnego zaplecza, nierówna w tonie, ale ma coś, czego brakuje wielu poprawnym książkom historycznym: poczucie, że przeszłość nie służy tu tylko do przebrania fabuły w dawny kostium. Ona naprawdę waży na bohaterach. I właśnie dlatego najlepiej zostaje nie Cervantes jako legenda literatury, lecz Cervantes jako ocalały świadek, postawiony między własną wolnością a cudzym losem.

Tekst „Tu się prosi, tu się nie bierze” powstał na konkurs literacki „Opowiedz mi o Pięknej z Rept”, którego tematem był...
04/06/2026

Tekst „Tu się prosi, tu się nie bierze” powstał na konkurs literacki „Opowiedz mi o Pięknej z Rept”, którego tematem była legenda albo bajka dla dzieci inspirowana lokalną odmianą jabłoni Piękna z Rept. Opowiadanie zajęło 2. miejsce.

Punktem wyjścia była dla mnie próba napisania prostej historii dla dzieci, ale bez traktowania dziecięcego czytelnika jak kogoś, komu trzeba wszystko tłumaczyć łopatą. Chciałem połączyć lokalny motyw Rept, jabłoń i zasadę, która dobrze pasuje do legendy: nie wszystko wolno brać tylko dlatego, że się czegoś chce.

https://nakanapie.pl/boberw89/blog/tu-sie-prosi-tu-sie-nie-bierze-nagrodzona-legenda-o-pieknej-z-rept

Tu się prosi, tu się nie bierze



Dawno temu, zanim ktoś postawił tu pałac i zanim miejsce dostało swoją nazwę, była tu tylko łąka. Szeroka. Równa. Po jednej stronie zaczynał się las, po drugiej rosły jabłonie. Nie w równych rzędach jak w sadzie, tylko tak, jak same chciały. Może myślisz, że to zwykła łąka. Nie całkiem. Ludzie z pobliskich osad przychodzili tu po spady, jabłka co same spadły z drzewa. Zbierali też suche gałązki na ogień. Dzieci przychodziły po kwaśne kęsy i żeby sprawdzić, które drzewo pachnie najmocniej latem. Każdy coś stąd brał. I każdy znał jedną zasadę.

Tu się nie bierze na siłę.

Kto próbował zerwać za dużo, temu jabłko wyślizgiwało się z dłoni. Komu kosz był za pełny, robił się nagle ciężki jak kamień. Czasem noga plątała się w trawie, jakby ziemia mówiła cicho: „Dość”. Wiele lat później w miejscu tej łąki powstała osada. Nazwano ją Repty. A jabłonie zostały.

I właśnie od nich wszystko się zaczęło.



Na łące mieszkała boginka, taka leśna driada, opiekunka drzew. Nie była dziewczyną z osady ani panią z dworu, bo dworu jeszcze tu nie było. Była dzieckiem drzew. Urodzoną z soku i światła, z rosy i kory. Nie poznawało się jej po twarzy, tylko po tym, co zostawiała po sobie. Gdy wiatr złamał młody pęd jabłoni, podchodziła, przykładała go na miejsce i owijała źdźbłem trawy, żeby trzymał. Gdy deszcz wyżłobił rów i pędził wodę prosto na mrowisko, kucała i odwracała strużkę. Na skraju łąki rosła jedna szczególna jabłoń. Starsza od innych. Grubsza w pniu. Jej kora była ciemniejsza, jakby pamiętała więcej zim. Pod nią leżał płaski kamień, zawsze w tym samym miejscu. Ludzie mówili o niej: stara jabłoń boginki. Takiej drugiej nie było w całej okolicy. Czasem driada zrywała z niej jedno jabłko. Tylko jedno. Wycierała je o rękaw i kładła na tym kamieniu. Zwierzęta od niej nie uciekały. Ptaki siadały blisko. Sarna stawała i patrzyła. Nawet mrówki omijały jej stopy. Wtedy zaczęły się kłopoty.

Wszyscy chcieli od niej czegoś.

Jedni prosili o więcej owoców. Drudzy o deszcz. Trzeci o to, żeby lis trzymał się dalej od zagród. A driada nie dawała „zawsze”. Dawała wtedy, gdy ktoś najpierw poprawił płot. Posprzątał po sobie. Przyniósł wodę pod młode drzewko. Gdy nie brał na siłę. Czasem mówiła tylko jedno słowo:

„Nie.”

Zwykli ludzie wracali później. Ale władcy z pobliskich grodów żyli inaczej. Gdy czegoś chcieli, rozkazywali. A słowo „nie” brzmiało dla nich jak zamknięta brama.

A tego bardzo nie lubili.

Jeden z władców, najbardziej uparty i najbardziej dumny, usłyszał o driadzie przy ogniu. Ktoś powiedział, że przy starej jabłoni boginki owoce dojrzewają nawet po złej zimie. Ktoś inny dodał, że kto ją zdobędzie, temu ziemia będzie posłuszna. Gdy padają takie słowa, łatwo pomylić prośbę z rozkazem. Książę postanowił, że driada ma być tylko jego. Nazajutrz nie spał spokojnie. W głowie miał jedno zdanie:

– To musi być moje.

Wysłał na łąkę dwóch wojów i starszego sługę, takiego, co umiał mówić miękko, nawet gdy w środku był twardy. Mieli iść spokojnie, przynieść dary: wełnianą chustę, garść miodu
w glinianym kubku i mały nożyk do gałązek.



Gdy weszli między drzewa, ptaki ucichły. Jakby ktoś zamknął im dzioby.

Na skraju starej jabłoni boginki sługa uklęknął i położył dary na płaskim kamieniu.

– Pani lasu. Książę prosi, żebyś przyszła. Chce cię poznać.

Wojowie popatrzyli po sobie. Jeden odchrząknął. Drugi kopnął grudkę ziemi. Coś zaszurało w gałęziach. I driada stanęła między drzewami. Nie wyszła jak zwierz i nie spłynęła z nieba. Po prostu była. Sługa uniósł chustę.

– Dla ciebie.

Driada nie wzięła.

– Nie noszę rzeczy, które wiążą ręce.

Sługa podniósł kubek.

– To słodkie.

– Słodkie bywa lepkie. A lepkie trzyma.

Jeden z wojów burknął:

– Książę jest władcą.

Sługa syknął, żeby zamilkł, ale było za późno. Driada podniosła dłoń. Z gałęzi starej jabłoni spadło jabłko. Jedno. Twarde. Dojrzałe. Uderzyło o kamień i potoczyło się pod but wojownika. Wszyscy spojrzeli na nie jak na znak.

– To jest granica – powiedziała spokojnie. – Tu można prosić. Tu nie można brać.

Wojownik uniósł nogę, jakby chciał je rozdeptać. W tej samej chwili świeży pęd wyskoczył
z trawy i owinął się wokół jego sandała.

Woj sapnął i omal nie usiadł. Drugi parsknął śmiechem.

– Las cię złapał za but.

Śmiech szybko ucichł. Sługa znów spróbował miękko:

– Książę chce cię chronić.

Driada spojrzała na nożyk.

– Chronić, czyli wziąć.

Zamilkł. Driada zrobiła krok w cień drzew.

– Jeśli chce mnie, niech nauczy się nie chcieć.

Odwróciła się i zniknęła, jakby weszła w miejsce, którego nie da się zobaczyć. Wojowie stali chwilę bez ruchu. Sługa pozbierał chustę, kubek i nożyk. Jabłka nie podniósł. Leżało pod drzewem twarde, jakby ziemia je chłodziła.



Wrócili do grodu szybciej, niż przyszli. Książę czekał w wielkiej izbie. Uderzył dłonią w stół tak mocno, że deski jęknęły.

– I co?

– Nie przyszła – powiedział sługa. – Powiedziała, że tu można prosić, ale nie można brać.

Książę wstał.

– To znaczy, że trzeba ją zmusić.

W izbie zrobiło się cicho. Ogień w palenisku trzaskał.

Z kąta odezwał się chropawy głos:

– Jeśli chcesz ją zmusić, potrzebujesz czarodzieja. Takiego, co potrafi wiązać wiatr w supeł.

Wojowie spojrzeli po sobie.

– Znasz takiego? – zapytał książę.

– Nazywa się Czarnobor. Mieszka tam, gdzie ziemia nie rodzi trawy.

Książę nie zawahał się ani chwili.

– Przywieźcie go.



Boginka była przy lesie, tam gdzie kończyła się łąka i zaczynał cień. Dociskała połamany pęd młodej jabłoni i wiązała go źdźbłem trawy, gdy usłyszała coś, czego nie dało się pomylić
z wiatrem.

Tupot. Nie jeden krok. Wiele.

Z krzaków wypadły dzieci z osady. Zdyszane, brudne od trawy.

– Idą! – zawołała dziewczynka o imieniu Mila. – Książę idzie!

– Z końmi! – dorzucił chłopiec.

– I z psami! – pisnęło najmniejsze.

Boginka wstała powoli. Nie jak ktoś przestraszony. Jak drzewo przed burzą.

– Szukają ciebie – powiedziała Mila ciszej.

Tupot rósł. Był już w ziemi.

– Schowaj się – wyszeptał chłopiec. – W dziupli. Pod korzeń.

– Albo w liście – dodało najmniejsze.

Boginka potrząsnęła głową.

– Nie przyszli pytać – powiedziała. – Przyszli zabrać.

Dzieci zamilkły.

– To uciekaj – nalegała Mila. – Las cię schowa.

Boginka spojrzała na nią uważnie.

– Jeśli się schowam, będą szukać dalej.

– My się boimy – wyrwało się Mili. – Nie o siebie. O ciebie.

Boginka odwróciła wzrok ku starej jabłoni. Gałęzie były nisko. Pod nią leżał płaski kamień.

– Niech boją się ci, którzy biorą – odpowiedziała spokojnie. – Ja będę czekać.

– Gdzie? – zapytał chłopiec.

– Tu, przy starej jabłoni.

Psy zaszczekały bliżej. Nagle ptaki ucichły. Tak zawsze poznawali, że dzieje się coś ważnego, gdy ptaki milkły naraz. Boginka pochyliła się do Mili.

– Idźcie do domów. Gdy ptaki zamilkną, zamknijcie drzwi.

Najmniejsze dziecko wyszeptało:

– A jak cię zabiorą?

Piękna driada dotknęła jego włosów.

– Boginki się nie bierze.

Odwróciła się i ruszyła ku starej jabłoni. Stanęła przy pniu.

Dzieci pobiegły w stronę domów, ale Mila nie od razu. Zatrzymała się przy grubym dębie na skraju łąki. Podniosła mały gliniany kubek z wodą dla drzewa, który wcześniej zostawiła tu, gdy biegła do boginki. Schowała się w cieniu. Chciała widzieć.

Orszak wyszedł z łąki jak fala. Najpierw psy, potem konie, potem ludzie z włóczniami. Na końcu jechał książę. Zatrzymał się przy starej jabłoni boginki, tam gdzie stała.

Driada nie cofnęła się. Oparła dłoń o korę, jakby mówiła drzewu: „Jestem”.

Książę spojrzał na nią.

– To przez ciebie te jabłonie rodzą – powiedział.

Boginka milczała.

– Pójdziesz ze mną – dodał. – W grodzie będziesz miała sad większy niż ten las.

– To już jest moje miejsce – odpowiedziała. – Nie odchodzę.

Książę zmarszczył brwi.

– Nie proszę. Rozkazuję.

– Nie jestem twoja – powiedziała spokojnie.

Książę zrobił krok bliżej i położył dłoń na pniu starej jabłoni.

– Jeśli nie pójdziesz, zniszczę to, co kochasz.

Liście zaszumiały cicho.

– Nie dotykaj – powiedziała.

Książę patrzył na nią jeszcze chwilę. Potem jego twarz stwardniała.

– Dosyć.

Zrobił krok w tył. Nie dlatego, że ustępował. Dlatego, że robił miejsce.

– Czarnobor.



Z tyłu wyszedł czarodziej. Chudy, spokojny. Nie patrzył na księcia. Patrzył na nią.

– Odmówiłaś – powiedział cicho.

Boginka nie odpowiedziała.

– To znaczy, że trzeba cię przekonać inaczej.

Książę skrzyżował ręce.

– Rób co musisz.

Czarnobor podszedł bliżej jabłoni. Nie dotknął jej. Tylko wyciągnął dłoń nad trawą.

– Nie ruszę ciebie – powiedział. – Ruszę to, co chronisz.

Boginka cofnęła się o krok.

– Nie waż się.

Czarodziej spojrzał na nią bez uśmiechu.

– Teraz zobaczymy, co wybierzesz.

Wyszedł na polanę i rozłożył ręce. Nie szeroko. Tyle, ile trzeba.

Najpierw pojawiła się mgła. Cienka jak oddech. Potem gęstsza. Coraz ciemniejsza. Nie biała, poranna. Taka, przy której trawa wyglądała, jakby ktoś zabrał jej kolor.

Psy przestały szczekać. Konie zamarły. Czarodziej spojrzał na boginkę.

– Widzisz? – zapytał spokojnie.

Mgła nie schodziła z nieba. Wychodziła spod jego dłoni.

– To mgła, po której liście gasną – powiedział. – Las cichnie.

Szmer w gałęziach przygasł. Trawa zmatowiała.

– Mogę ją cofnąć – dodał. – Jednym słowem.

Książę milczał. Czekał. Boginka dotknęła pnia i poczuła, że jest ciepły.

– Zatrzymaj to – powiedziała cicho.

– Mogę – odpowiedział Czarnobor. – Jeśli pójdziesz z księciem.

Prosto. Bez długich słów.

– Albo zostaniesz. I mgła zostanie z tobą.

Mgła pełzła dalej. Mila patrzyła zza dębu i nie mogła krzyknąć. I wtedy stało się coś małego.

Mgła otarła się o najniższą gałąź starej jabłoni. Jedno jabłko ściemniało, jakby ktoś przyłożył do niego cień. Oderwało się i spadło. Czarne. Twarde. Potoczyło się pod stopy boginki. Nie jak groźba. Jak znak. Boginka spojrzała na księcia.

– Chcesz mnie – powiedziała spokojnie. – Nie drzewa.

Książę nie zaprzeczył.

– Chcę, żebyś była moja.

Boginka zamknęła oczy na chwilę. Mgła dotknęła pierwszych liści.

– To nie wybór – powiedziała. – To jest groźba.

Czarnobor nie wzruszył już ramionami. Patrzył.

– Powiedz „tak”, a las odzyska kolor.

Mgła przyciemniała jeszcze odrobinę. Wszyscy czekali.

Boginka podniosła jabłko. Wytarła je o rękaw. Spojrzała na księcia. Na Czarnobora. Nie długo. Wystarczyło.

– Moim przeznaczeniem jest pilnować tego miejsca – powiedziała. – To jest mój las. Tu żyję.

Mgła pełzła dalej. Oparła dłoń o pień starej jabłoni. Tej jednej. Najstarszej. Tej, przy której stała od początku.

– Nie pozwolę, żeby to miejsce zgasło.

Ugryzła jabłko.

Nie było błysku ani huku. Tylko cisza, jakby las wstrzymał oddech. Nie zniknęła nagle. Jak przy szczepieniu gałązki, jedno powoli wchodzi w drugie i zaczyna trzymać. Jej dłoń przylgnęła do kory. Włosy zlały się z cieniem liści. A potem już nie było wiadomo, gdzie kończy się ona, a zaczyna drzewo.

Mgła zatrzymała się.

Potem zaczęła się cofać. Nie w niebo. W stronę czarodzieja. Ciemność wracała do jego rękawów, do dłoni, do oddechu. Czarnobor zmarszczył brwi po raz pierwszy. Wreszcie mgła zniknęła całkiem. Ptaki odezwały się nieśmiało. Trawa odzyskała kolor.

Książę zrobił krok.

– Gdzie ona jest?

Czarnobor patrzył na jabłoń.

– Wybrała – powiedział wolno. – Związała się z tym drzewem. To zaklęcie trzyma długo.

Książę zacisnął pięści.

– Na jak długo?

Czarnobor nie odpowiedział od razu.

– Bardzo długo.

To wystarczyło. Książę spojrzał na drzewo tak, jak patrzy się na coś, czego nie da się zdobyć.

– Nie mam jej – powiedział twardo. – Wracamy.

Odwrócił konia gwałtowniej, niż było trzeba. Orszak ruszył. Psy szczekały już zwyczajnie. Chorągwie zaszeleściły. Trawa ułożyła się po ich śladach.

Kiedy ucichł ostatni tupot, zza grubego dębu wyszła Mila. Szła powoli. W dłoniach trzymała mały gliniany kubek z wodą. Podeszła do starej jabłoni. Dotknęła pnia. Był ciepły.

– Ja będę pamiętać – wyszeptała.

Uklękła i powoli wylała wodę pod korzeń. Niedużo. Tyle, ile miała. Potem podniosła z ziemi cienkie źdźbło trawy i ostrożnie owinęła nim mały nadłamany pęd przy korze, tak jak widziała to nieraz.

Na końcu objęła drzewo ramionami najmocniej, jak umiała. Liście zaszumiały lekko. Jak odpowiedź.



Jabłoń stała na skraju lasu bardzo długo. Zmieniły się pokolenia. Dzieci, które widziały ją jako małe, zostały dziadkami. Ludzie mówili potem, że stoi tu już „tysiąc lat”, bo nikt nie umiał policzyć więcej. Wokół zmieniało się wszystko. Drzewa rosły i padały. Ścieżki znikały. Tylko ta jedna jabłoń trwała. Nie rodziła owoców. Kto próbował uciąć gałąź, temu ręka nagle robiła się ciężka. Kto chciał ją ściąć, temu ostrze tępiło się jak na kamieniu. W końcu przestali próbować. Aż pewnego dnia wydała jeden owoc.

Tylko jeden.

Żółtawy, z rumieńcem jak od ciepłej dłoni. Na skórce miał sinawą mgiełkę. Pachniał słodkim dymem, jakby mgła kiedyś weszła w skórkę i już nie wyszła. Zobaczył go ogrodnik Robert. Pracował przy dworze w Reptach, gdzie sadzi się drzewa w równych rzędach i pilnuje, żeby rosły jak trzeba. Stanął pod jabłonią i długo patrzył. Potem zerwał owoc ostrożnie. Ugryzł.

I zobaczył ją.

Nie jak cień ani mgłę. Stała między drzewami, jasna i spokojna. Piękna tak, że trudno było od niej odwrócić wzrok. Nie w złocie i nie w koronie. W świetle liści.

– Posadź pestki – powiedziała cicho. – Nie dla siebie. Dla ludzi.

Robert wiedział już, kim jest.

– Piękna pani… – wyszeptał.

Uśmiechnęła się tylko. I zniknęła.

Robert wyjął pestki, zawinął w chustkę i zaniósł do ogrodu w Reptach. Zrobił małe dołki, włożył je w ziemię, zasypał i podlał.

Czekał.

Najpierw pojawiły się cienkie zielone kreski. Potem listki. Z roku na rok drzewka rosły wyżej i mocniej trzymały się ziemi. A gdy przyszedł ich czas, wydały owoce podobne do pierwszego: z rumieńcem jak od ciepłej dłoni, z sinawą mgiełką na skórce, pachnące lekko dymem.

Pewnego dnia chłopiec szarpnął gałąź, bo „mu się należy”. Zerwał jabłko, ugryzł i skrzywił się. Twarde i kwaśne. Tego samego dnia jego siostra zerwała swoje spokojnie i podzieliła się nim na pół z koleżanką. U nich było słodkie. Robert tylko kiwnął głową.

– Tu się prosi. Tu się nie bierze.

I tak zaczęto mówić o tych jabłkach: Piękna z Rept.

, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

26/05/2026

Oto wyniki części poetyckiej 57. Ogólnopolskiego Konkursu Literackiego im. Jana Śpiewaka i Anny Kamieńskiej. Jury w składzie Barbara Klicka, Ola Kołodziejek, Maciej Robert przyznało następujące nagrody:

🏆 I miejsce:
nie przyznano

🏆 II miejsce:
Ewa Frączek
Pani Ewo, prosimy o kontakt z nami – wiadomość pod adres: [email protected] w celu uzupełnienia danych.

🏆 III miejsce ex aequo:
Grzegorz Chwieduk
Aglaja Janczak

🏆 Wyróżnienie ex aequo:
Wojciech Bober
Albert Sienkiewicz
Aneta Jasłowska
Alicja Dydyna

Serdecznie gratulujemy!

Dziękujemy wszystkim osobom, które przesłały na konkurs zestawy swoich wierszy. Z laureatkami i laureatami spotkamy się podczas czerwcowej gali (12.06, godz. 19.00).

Nagrodzone zestawy udostępnimy na stronie festiwalowej w nadchodzącym tygodniu.

Udostępniam relację z finału IX Turnieju Jednego Wiersza „O Złote Pióro Iłły”, który odbył się w Trzciance w ramach V Ił...
22/05/2026

Udostępniam relację z finału IX Turnieju Jednego Wiersza „O Złote Pióro Iłły”, który odbył się w Trzciance w ramach V Iłła Festiwalu. Miło mi, że mój wiersz „CV” znalazł się w gronie wyróżnionych. Gratulacje dla laureatki głównej nagrody i wszystkich uczestników finału.

07/05/2026

Mój wiersz „CV” został zakwalifikowany do finału IX Turnieju Jednego Wiersza „O Złote Pióro Iłły” organizowanego przez Biblioteka Publiczna i Centrum Kultury im. Kazimiery Iłłakowiczówny w Trzciance w ramach V Iłła Festiwal.

Finał 15 maja w Trzciance. Nie dam rady pojawić się osobiście, ale sam wiersz już sobie poradził dalej ode mnie i nadal będzie walczył o wygraną.

Miła wiadomość: znalazłem się w gronie laureatów IX Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego „Bez-KRESY”.Finał odbędzie się ...
04/05/2026

Miła wiadomość: znalazłem się w gronie laureatów IX Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego „Bez-KRESY”.

Finał odbędzie się 30 maja w Cieszanowie. Na razie wiadomo, kto znalazł się wśród laureatów, a szczegółowe wyniki poznamy podczas finału.

Dziękuję jury i organizatorom. Gratulacje dla pozostałych laureatów.
Do zobaczenia.

Już wiemy, z kim spotkamy się 30 maja w Cieszanowie na finale IX Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego „Bez-KRESY”! Jury w składzie: Dorota Ryst, Przemysław Owczarek, Sławomir Płatek i Urszula Kopeć-Zaborniak podjęło decyzję, że laureatami tegorocznej edycji (kolejność alfabetyczna) są:
- Wojciech Bober (Wodzisław Śląski)
- Aleksandra Dybowska (Pruszków)
- Alicja Dydyna (Wrocław)
- Sylwia Kanicka (Rudniki)
- Maria Kocot (Bytom)
- Anna Krupa (Legnica)
- Piotr Michalak (Warszawa)
- Agnieszka Mohylowska (Kaźmierz)
- Paweł Nieczuja-Ostrowski (Sopot)
- Luiza Wilczyńska (Łódź)
- Jadwiga Włudarczyk (Nowy Wiśnicz)
Gratulujemy i do zobaczenia!
W konkursowym almanachu znajdą się również teksty następujących autorów: Joanna Hetman-Krajewska (Warszawa), Wioletta Jaworska (Budzisław), Natalia Zembrowska (Turośń Kościelna), Szymon Florczyk (Kraków), Kamil Reńda (Kraków), Agata Nowak (Poznań), Jakub Wasilewski (Koło), Adam Makowiecki (Düsseldorf), Dawid Kalinowski (Bydgoszcz), Aleksandra Karolina Seń (Wrocław), Aleksander Gała (Skąpe), Adam Chmielnicki (Sosnowiec), Malwina Krawczyk (Szczawno Zdrój), Agnieszka Maj (Gołąb), Tatiana Shuiskaia (Mińsk Mazowiecki), Dominik Sobol (Warszawa)

II miejsce w IV Konkursie Literackim „Opowiedz mi o Pięknej z Rept” za opowiadanie „Tu się prosi, tu się nie bierze”.To ...
28/04/2026

II miejsce w IV Konkursie Literackim „Opowiedz mi o Pięknej z Rept” za opowiadanie „Tu się prosi, tu się nie bierze”.

To konkurs osadzony w jednym miejscu i jednej historii, tej z Rept, z jabłonią, która nie jest tylko odmianą, ale czymś, co ludzie tu znają i rozpoznają, więc pisanie pod taki temat nie pozwala się schować za ogólnikiem ani efektem, trzeba wejść w konkret i utrzymać go do końca. W tej samej przestrzeni pojawiają się autorzy, którzy wracają do niego co roku, mają już swój sposób mówienia o tej legendzie i swoje tempo, więc od początku było jasne, że to nie jest próba na próbę, tylko normalne mierzenie się z kimś, kto już tu był.

Ten tekst zaczął się od jednego zdania i właściwie ono ustawiło wszystko: „Tu się prosi, tu się nie bierze”. Reszta była konsekwencją, prowadzeniem tej myśli przez miejsce, przez ludzi i przez moment, w którym coś się kończy i coś zostaje, tylko już w innej formie.

Dzięki dla organizatorów, jury i wszystkich, którzy czytali albo po prostu trzymali kciuki. Gratulacje dla pozostałych nagrodzonych.

Wyniki:
https://biblioteka.tgory.pl/aktualnosci/2026/04/wyniki-konkursu-literackiego-opowiedz-mi-o-pieknej-z-rept/

Jest już oficjalnie: I miejsce w ogólnopolskim Konkursie Poetyckim „Poezja. Dziewięciu Górnikom z kopalni Wujek”, organi...
14/04/2026

Jest już oficjalnie: I miejsce w ogólnopolskim Konkursie Poetyckim „Poezja. Dziewięciu Górnikom z kopalni Wujek”, organizowanym przez Śląskie Centrum Wolności i Solidarności w Katowicach.

To dla mnie ważne wyróżnienie, bo ten temat nie znosi pustych ozdobników ani łatwych wzruszeń. Tym bardziej cieszy mnie, że właśnie mój zestaw wierszy został doceniony.

Gala wręczenia nagród i publikacja pokonkursowego tomiku są planowane na drugą połowę 2026 roku.

Dziękuję organizatorom za to rozstrzygnięcie.

Między furią a tęsknotąNie miał w sobie nic z rozsądku. Ani odrobiny spokoju. Ani krzty cierpliwości. Nie był bohaterem,...
06/04/2026

Między furią a tęsknotą

Nie miał w sobie nic z rozsądku. Ani odrobiny spokoju. Ani krzty cierpliwości. Nie był bohaterem, nie był czarnym charakterem, nie był ani wzorem cnót, ani przykładem upadku. Był uczuciem, rozpiętym między furią a tęsknotą, między pragnieniem a rozpaczą, między tym, co mogło się wydarzyć, a tym, czego nie dało się już odwrócić. Bohun nie działał. Bohun płonął.

W świecie rycerskich powinności i szlacheckich deklaracji był wyjątkiem. Tam, gdzie Skrzetuski kochał, bo tak wypadało, Bohun kochał, bo musiał. Tam, gdzie Skrzetuski mówił o honorze, Bohun mówił oczami, z zaciśniętymi zębami, z nożem w dłoni i w sercu. Jego uczucie nie miało granic, nie miało godności, nie miało powrotu. Było takie, jakie bywają tylko te miłości, które nie umieją się zatrzymać.

Dla Heleny nie miał planów. Miał wizję. Miał świat, w którym wszystko byłoby inne, gdyby tylko powiedziała „tak”. Ale ona powiedziała „nie”. I ten świat się rozsypał. Nie w jednej chwili, nie w spektakularnym geście, lecz w każdym kolejnym ruchu, który wykonywał już tylko po to, by nie zwariować. Porwanie, bunt, desperacja. Tak, ale nie z nienawiści. Z zawiedzionej nadziei. Z tego, że nie umiał inaczej.

Bohun nigdy nie został nauczony, jak kochać w ciszy. Jak kochać bez brania. Jak odchodzić. Nie znał języka delikatności. Mówił namiętnością. Całym sobą. Gdy Helena go odrzuciła, nie wycofał się z honorem. Zawarczał. Zaatakował. Skulił się w sobie i wypuścił ogień. Ale to nie była zbrodnia. To była rozpacz.

W tym właśnie Bohun jest niebezpiecznie bliski, bo jego emocje nie są wymyślone. One są nasze. Tyle że w nim doprowadzone do ostateczności. Nigdy nie dostał instrukcji obsługi serca. My czasem też nie. Dlatego nie potrafimy go do końca potępić. Bo gdzieś w nim, pod warstwą przemocy i gniewu, jest chłopak, który za bardzo kochał. Za szybko. Za wcześnie. Bez odwrotu.

Bohun nie był postacią tragiczną dlatego, że przegrał. Był tragiczną postacią, bo nawet nie wiedział, że przegrywa. Szarpał się z losem, który był już zamknięty. Kochał kobietę, która nie chciała być kochana jego sposobem. I nie rozumiał, dlaczego to nie wystarcza. Dlaczego miłość nie może być wszystkim. Dla niego była. Dla niej nie.

I może właśnie dlatego zostaje w pamięci dłużej niż Skrzetuski. Bo nie miał masek. Bo nie umiał się powstrzymać. Bo był tym, co w nas najgorsze i najprawdziwsze jednocześnie. Nie bohaterem. Nie zbrodniarzem. Kimś pomiędzy. Kimś, kto raz w życiu dostał szansę na szczęście i nie umiał jej utrzymać.

Nie pytajmy, czy go usprawiedliwiać. Nie próbujmy go naprawiać. Bohun nie jest do analiz. Bohun jest do pamiętania.

Bo to nie historia o tym, jak kochać. To historia o tym, jak można spłonąć.

Najlepszy serial?Nigdy nie rozumiałem tej dziwnej potrzeby, żeby ktoś nagle wstał, zrobił teatralny gest dłonią i ogłosi...
05/04/2026

Najlepszy serial?

Nigdy nie rozumiałem tej dziwnej potrzeby, żeby ktoś nagle wstał, zrobił teatralny gest dłonią i ogłosił: „To jest najlepszy serial wszech czasów!” — jakbyśmy wybierali najtwardsze krzesło w Ikea, a nie opowieść, która ma puls, zapach, humor, smutek i czasem brud pod paznokciami.
Jak można porównywać seriale z różnych gatunków? Przecież jeden ma cię rozśmieszać jak nieudolny klaun na miejskim festynie, inny ma wgryźć się w mózg i zostawić cię z pytaniem: „I co teraz zrobisz, kiedy już wszystko wiesz?” Są takie, które mają być ciepłym kocem w listopadzie i takie, które są jak nożyczki do żył.
To jak pytanie: które uczucie jest twoje ulubione? Radość, żal, melancholia, dzika euforia?
Mógłbym przecież powiedzieć, że najlepszym serialem jest Friends, bo widziałem go więcej razy niż własne odbicie w lustrze o poranku. Śmiałem się, mimo że znałem każdą puentę, każdy gest, każdy ukradkowy grymas. Ale obok stoi Czarnobyl — dzieło, które obejrzałem raz, może dwa, i które zostawiło we mnie odcisk jak blizna po oparzeniu. Technicznie, artystycznie, aktorsko — pewnie o kilka poziomów wyżej. A jednak nie wracam do niego co roku.
Więc czym właściwie mierzymy „najlepszość”? Tym, czy moglibyśmy to oglądać bez końca, aż do wymazania własnej historii? Czy tym, jak bardzo zmienia nas od środka, nawet jeśli nie chcemy?
Gdyby ktoś zapytał mnie o najlepszy serial fantasy — bez wahania powiem Gra o Tron. Choć widziałem całość raz i, prawdę mówiąc, nie planuję powtórek. Ale czy zestawiałbym to z lekkim Świtem według Bundych albo z Prison Break, który przecież rozbujał moją wyobraźnię wtedy, kiedy seriale zaczynały się wspinać na piedestał? Lost? Do dzisiaj nie wiem, o co tam chodziło. I może właśnie dlatego wciąż o nim myślę.
Jak porównać McGyvera, który ratował świat kawałkiem gumki i spinaczem, z Stranger Things, gdzie technologia i budżet krzyczą z każdego pikselu? Jak w tym równaniu zmieścić Breaking Bad, Rzym, Dr House’a czy Peaky Blinders? Każdy z nich miał odcinki, które wbijały w fotel jak środkowa noga trójnoga, i sezony, które mogłyby nie istnieć.
A jeśli już miałbym wybrać jeden, taki, który mogę oglądać bez końca, który mógłbym włączyć o drugiej w nocy, kiedy świat skrzypi od nadmiaru ciszy — to pewnie Friends podaliby mi rękę jako pierwsi.
Tylko że kiedy ktoś zapyta o najlepszy serial komediowy, zaczyna się prawdziwy festiwal wątpliwości. Big Bang Thery, Różowe lata, Bundy, Jak poznałem waszą matkę — czy oni nie zasługują, żeby być przed ekipą z Central Perk?
Anime i animacje? Zostawiam na osobnej półce. Dragon Ball to inny świat, poza konkurencją, poza normalną grawitacją oceny. Tam rządzi sentyment, dziecięce krzyki w głowie, pierwsze „Kamehameha” puszczone z głośników kineskopowego telewizora.
Więc może przestańmy pytać: „Jaki jest najlepszy serial?”. Może lepiej zapytać: „Który serial jest twoim oddechem, kiedy już nic innego nie pomaga?”.
I wtedy odpowiedzi nagle stają się prawdziwe.

Adres

Wodzisław Slaski

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Wojciech Bober • strona autorska umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skontaktuj Się Z Ta Organizacja

Wyślij wiadomość do Wojciech Bober • strona autorska:

Udostępnij