04/06/2026
Tekst „Tu się prosi, tu się nie bierze” powstał na konkurs literacki „Opowiedz mi o Pięknej z Rept”, którego tematem była legenda albo bajka dla dzieci inspirowana lokalną odmianą jabłoni Piękna z Rept. Opowiadanie zajęło 2. miejsce.
Punktem wyjścia była dla mnie próba napisania prostej historii dla dzieci, ale bez traktowania dziecięcego czytelnika jak kogoś, komu trzeba wszystko tłumaczyć łopatą. Chciałem połączyć lokalny motyw Rept, jabłoń i zasadę, która dobrze pasuje do legendy: nie wszystko wolno brać tylko dlatego, że się czegoś chce.
https://nakanapie.pl/boberw89/blog/tu-sie-prosi-tu-sie-nie-bierze-nagrodzona-legenda-o-pieknej-z-rept
Tu się prosi, tu się nie bierze
Dawno temu, zanim ktoś postawił tu pałac i zanim miejsce dostało swoją nazwę, była tu tylko łąka. Szeroka. Równa. Po jednej stronie zaczynał się las, po drugiej rosły jabłonie. Nie w równych rzędach jak w sadzie, tylko tak, jak same chciały. Może myślisz, że to zwykła łąka. Nie całkiem. Ludzie z pobliskich osad przychodzili tu po spady, jabłka co same spadły z drzewa. Zbierali też suche gałązki na ogień. Dzieci przychodziły po kwaśne kęsy i żeby sprawdzić, które drzewo pachnie najmocniej latem. Każdy coś stąd brał. I każdy znał jedną zasadę.
Tu się nie bierze na siłę.
Kto próbował zerwać za dużo, temu jabłko wyślizgiwało się z dłoni. Komu kosz był za pełny, robił się nagle ciężki jak kamień. Czasem noga plątała się w trawie, jakby ziemia mówiła cicho: „Dość”. Wiele lat później w miejscu tej łąki powstała osada. Nazwano ją Repty. A jabłonie zostały.
I właśnie od nich wszystko się zaczęło.
Na łące mieszkała boginka, taka leśna driada, opiekunka drzew. Nie była dziewczyną z osady ani panią z dworu, bo dworu jeszcze tu nie było. Była dzieckiem drzew. Urodzoną z soku i światła, z rosy i kory. Nie poznawało się jej po twarzy, tylko po tym, co zostawiała po sobie. Gdy wiatr złamał młody pęd jabłoni, podchodziła, przykładała go na miejsce i owijała źdźbłem trawy, żeby trzymał. Gdy deszcz wyżłobił rów i pędził wodę prosto na mrowisko, kucała i odwracała strużkę. Na skraju łąki rosła jedna szczególna jabłoń. Starsza od innych. Grubsza w pniu. Jej kora była ciemniejsza, jakby pamiętała więcej zim. Pod nią leżał płaski kamień, zawsze w tym samym miejscu. Ludzie mówili o niej: stara jabłoń boginki. Takiej drugiej nie było w całej okolicy. Czasem driada zrywała z niej jedno jabłko. Tylko jedno. Wycierała je o rękaw i kładła na tym kamieniu. Zwierzęta od niej nie uciekały. Ptaki siadały blisko. Sarna stawała i patrzyła. Nawet mrówki omijały jej stopy. Wtedy zaczęły się kłopoty.
Wszyscy chcieli od niej czegoś.
Jedni prosili o więcej owoców. Drudzy o deszcz. Trzeci o to, żeby lis trzymał się dalej od zagród. A driada nie dawała „zawsze”. Dawała wtedy, gdy ktoś najpierw poprawił płot. Posprzątał po sobie. Przyniósł wodę pod młode drzewko. Gdy nie brał na siłę. Czasem mówiła tylko jedno słowo:
„Nie.”
Zwykli ludzie wracali później. Ale władcy z pobliskich grodów żyli inaczej. Gdy czegoś chcieli, rozkazywali. A słowo „nie” brzmiało dla nich jak zamknięta brama.
A tego bardzo nie lubili.
Jeden z władców, najbardziej uparty i najbardziej dumny, usłyszał o driadzie przy ogniu. Ktoś powiedział, że przy starej jabłoni boginki owoce dojrzewają nawet po złej zimie. Ktoś inny dodał, że kto ją zdobędzie, temu ziemia będzie posłuszna. Gdy padają takie słowa, łatwo pomylić prośbę z rozkazem. Książę postanowił, że driada ma być tylko jego. Nazajutrz nie spał spokojnie. W głowie miał jedno zdanie:
– To musi być moje.
Wysłał na łąkę dwóch wojów i starszego sługę, takiego, co umiał mówić miękko, nawet gdy w środku był twardy. Mieli iść spokojnie, przynieść dary: wełnianą chustę, garść miodu
w glinianym kubku i mały nożyk do gałązek.
Gdy weszli między drzewa, ptaki ucichły. Jakby ktoś zamknął im dzioby.
Na skraju starej jabłoni boginki sługa uklęknął i położył dary na płaskim kamieniu.
– Pani lasu. Książę prosi, żebyś przyszła. Chce cię poznać.
Wojowie popatrzyli po sobie. Jeden odchrząknął. Drugi kopnął grudkę ziemi. Coś zaszurało w gałęziach. I driada stanęła między drzewami. Nie wyszła jak zwierz i nie spłynęła z nieba. Po prostu była. Sługa uniósł chustę.
– Dla ciebie.
Driada nie wzięła.
– Nie noszę rzeczy, które wiążą ręce.
Sługa podniósł kubek.
– To słodkie.
– Słodkie bywa lepkie. A lepkie trzyma.
Jeden z wojów burknął:
– Książę jest władcą.
Sługa syknął, żeby zamilkł, ale było za późno. Driada podniosła dłoń. Z gałęzi starej jabłoni spadło jabłko. Jedno. Twarde. Dojrzałe. Uderzyło o kamień i potoczyło się pod but wojownika. Wszyscy spojrzeli na nie jak na znak.
– To jest granica – powiedziała spokojnie. – Tu można prosić. Tu nie można brać.
Wojownik uniósł nogę, jakby chciał je rozdeptać. W tej samej chwili świeży pęd wyskoczył
z trawy i owinął się wokół jego sandała.
Woj sapnął i omal nie usiadł. Drugi parsknął śmiechem.
– Las cię złapał za but.
Śmiech szybko ucichł. Sługa znów spróbował miękko:
– Książę chce cię chronić.
Driada spojrzała na nożyk.
– Chronić, czyli wziąć.
Zamilkł. Driada zrobiła krok w cień drzew.
– Jeśli chce mnie, niech nauczy się nie chcieć.
Odwróciła się i zniknęła, jakby weszła w miejsce, którego nie da się zobaczyć. Wojowie stali chwilę bez ruchu. Sługa pozbierał chustę, kubek i nożyk. Jabłka nie podniósł. Leżało pod drzewem twarde, jakby ziemia je chłodziła.
Wrócili do grodu szybciej, niż przyszli. Książę czekał w wielkiej izbie. Uderzył dłonią w stół tak mocno, że deski jęknęły.
– I co?
– Nie przyszła – powiedział sługa. – Powiedziała, że tu można prosić, ale nie można brać.
Książę wstał.
– To znaczy, że trzeba ją zmusić.
W izbie zrobiło się cicho. Ogień w palenisku trzaskał.
Z kąta odezwał się chropawy głos:
– Jeśli chcesz ją zmusić, potrzebujesz czarodzieja. Takiego, co potrafi wiązać wiatr w supeł.
Wojowie spojrzeli po sobie.
– Znasz takiego? – zapytał książę.
– Nazywa się Czarnobor. Mieszka tam, gdzie ziemia nie rodzi trawy.
Książę nie zawahał się ani chwili.
– Przywieźcie go.
Boginka była przy lesie, tam gdzie kończyła się łąka i zaczynał cień. Dociskała połamany pęd młodej jabłoni i wiązała go źdźbłem trawy, gdy usłyszała coś, czego nie dało się pomylić
z wiatrem.
Tupot. Nie jeden krok. Wiele.
Z krzaków wypadły dzieci z osady. Zdyszane, brudne od trawy.
– Idą! – zawołała dziewczynka o imieniu Mila. – Książę idzie!
– Z końmi! – dorzucił chłopiec.
– I z psami! – pisnęło najmniejsze.
Boginka wstała powoli. Nie jak ktoś przestraszony. Jak drzewo przed burzą.
– Szukają ciebie – powiedziała Mila ciszej.
Tupot rósł. Był już w ziemi.
– Schowaj się – wyszeptał chłopiec. – W dziupli. Pod korzeń.
– Albo w liście – dodało najmniejsze.
Boginka potrząsnęła głową.
– Nie przyszli pytać – powiedziała. – Przyszli zabrać.
Dzieci zamilkły.
– To uciekaj – nalegała Mila. – Las cię schowa.
Boginka spojrzała na nią uważnie.
– Jeśli się schowam, będą szukać dalej.
– My się boimy – wyrwało się Mili. – Nie o siebie. O ciebie.
Boginka odwróciła wzrok ku starej jabłoni. Gałęzie były nisko. Pod nią leżał płaski kamień.
– Niech boją się ci, którzy biorą – odpowiedziała spokojnie. – Ja będę czekać.
– Gdzie? – zapytał chłopiec.
– Tu, przy starej jabłoni.
Psy zaszczekały bliżej. Nagle ptaki ucichły. Tak zawsze poznawali, że dzieje się coś ważnego, gdy ptaki milkły naraz. Boginka pochyliła się do Mili.
– Idźcie do domów. Gdy ptaki zamilkną, zamknijcie drzwi.
Najmniejsze dziecko wyszeptało:
– A jak cię zabiorą?
Piękna driada dotknęła jego włosów.
– Boginki się nie bierze.
Odwróciła się i ruszyła ku starej jabłoni. Stanęła przy pniu.
Dzieci pobiegły w stronę domów, ale Mila nie od razu. Zatrzymała się przy grubym dębie na skraju łąki. Podniosła mały gliniany kubek z wodą dla drzewa, który wcześniej zostawiła tu, gdy biegła do boginki. Schowała się w cieniu. Chciała widzieć.
Orszak wyszedł z łąki jak fala. Najpierw psy, potem konie, potem ludzie z włóczniami. Na końcu jechał książę. Zatrzymał się przy starej jabłoni boginki, tam gdzie stała.
Driada nie cofnęła się. Oparła dłoń o korę, jakby mówiła drzewu: „Jestem”.
Książę spojrzał na nią.
– To przez ciebie te jabłonie rodzą – powiedział.
Boginka milczała.
– Pójdziesz ze mną – dodał. – W grodzie będziesz miała sad większy niż ten las.
– To już jest moje miejsce – odpowiedziała. – Nie odchodzę.
Książę zmarszczył brwi.
– Nie proszę. Rozkazuję.
– Nie jestem twoja – powiedziała spokojnie.
Książę zrobił krok bliżej i położył dłoń na pniu starej jabłoni.
– Jeśli nie pójdziesz, zniszczę to, co kochasz.
Liście zaszumiały cicho.
– Nie dotykaj – powiedziała.
Książę patrzył na nią jeszcze chwilę. Potem jego twarz stwardniała.
– Dosyć.
Zrobił krok w tył. Nie dlatego, że ustępował. Dlatego, że robił miejsce.
– Czarnobor.
Z tyłu wyszedł czarodziej. Chudy, spokojny. Nie patrzył na księcia. Patrzył na nią.
– Odmówiłaś – powiedział cicho.
Boginka nie odpowiedziała.
– To znaczy, że trzeba cię przekonać inaczej.
Książę skrzyżował ręce.
– Rób co musisz.
Czarnobor podszedł bliżej jabłoni. Nie dotknął jej. Tylko wyciągnął dłoń nad trawą.
– Nie ruszę ciebie – powiedział. – Ruszę to, co chronisz.
Boginka cofnęła się o krok.
– Nie waż się.
Czarodziej spojrzał na nią bez uśmiechu.
– Teraz zobaczymy, co wybierzesz.
Wyszedł na polanę i rozłożył ręce. Nie szeroko. Tyle, ile trzeba.
Najpierw pojawiła się mgła. Cienka jak oddech. Potem gęstsza. Coraz ciemniejsza. Nie biała, poranna. Taka, przy której trawa wyglądała, jakby ktoś zabrał jej kolor.
Psy przestały szczekać. Konie zamarły. Czarodziej spojrzał na boginkę.
– Widzisz? – zapytał spokojnie.
Mgła nie schodziła z nieba. Wychodziła spod jego dłoni.
– To mgła, po której liście gasną – powiedział. – Las cichnie.
Szmer w gałęziach przygasł. Trawa zmatowiała.
– Mogę ją cofnąć – dodał. – Jednym słowem.
Książę milczał. Czekał. Boginka dotknęła pnia i poczuła, że jest ciepły.
– Zatrzymaj to – powiedziała cicho.
– Mogę – odpowiedział Czarnobor. – Jeśli pójdziesz z księciem.
Prosto. Bez długich słów.
– Albo zostaniesz. I mgła zostanie z tobą.
Mgła pełzła dalej. Mila patrzyła zza dębu i nie mogła krzyknąć. I wtedy stało się coś małego.
Mgła otarła się o najniższą gałąź starej jabłoni. Jedno jabłko ściemniało, jakby ktoś przyłożył do niego cień. Oderwało się i spadło. Czarne. Twarde. Potoczyło się pod stopy boginki. Nie jak groźba. Jak znak. Boginka spojrzała na księcia.
– Chcesz mnie – powiedziała spokojnie. – Nie drzewa.
Książę nie zaprzeczył.
– Chcę, żebyś była moja.
Boginka zamknęła oczy na chwilę. Mgła dotknęła pierwszych liści.
– To nie wybór – powiedziała. – To jest groźba.
Czarnobor nie wzruszył już ramionami. Patrzył.
– Powiedz „tak”, a las odzyska kolor.
Mgła przyciemniała jeszcze odrobinę. Wszyscy czekali.
Boginka podniosła jabłko. Wytarła je o rękaw. Spojrzała na księcia. Na Czarnobora. Nie długo. Wystarczyło.
– Moim przeznaczeniem jest pilnować tego miejsca – powiedziała. – To jest mój las. Tu żyję.
Mgła pełzła dalej. Oparła dłoń o pień starej jabłoni. Tej jednej. Najstarszej. Tej, przy której stała od początku.
– Nie pozwolę, żeby to miejsce zgasło.
Ugryzła jabłko.
Nie było błysku ani huku. Tylko cisza, jakby las wstrzymał oddech. Nie zniknęła nagle. Jak przy szczepieniu gałązki, jedno powoli wchodzi w drugie i zaczyna trzymać. Jej dłoń przylgnęła do kory. Włosy zlały się z cieniem liści. A potem już nie było wiadomo, gdzie kończy się ona, a zaczyna drzewo.
Mgła zatrzymała się.
Potem zaczęła się cofać. Nie w niebo. W stronę czarodzieja. Ciemność wracała do jego rękawów, do dłoni, do oddechu. Czarnobor zmarszczył brwi po raz pierwszy. Wreszcie mgła zniknęła całkiem. Ptaki odezwały się nieśmiało. Trawa odzyskała kolor.
Książę zrobił krok.
– Gdzie ona jest?
Czarnobor patrzył na jabłoń.
– Wybrała – powiedział wolno. – Związała się z tym drzewem. To zaklęcie trzyma długo.
Książę zacisnął pięści.
– Na jak długo?
Czarnobor nie odpowiedział od razu.
– Bardzo długo.
To wystarczyło. Książę spojrzał na drzewo tak, jak patrzy się na coś, czego nie da się zdobyć.
– Nie mam jej – powiedział twardo. – Wracamy.
Odwrócił konia gwałtowniej, niż było trzeba. Orszak ruszył. Psy szczekały już zwyczajnie. Chorągwie zaszeleściły. Trawa ułożyła się po ich śladach.
Kiedy ucichł ostatni tupot, zza grubego dębu wyszła Mila. Szła powoli. W dłoniach trzymała mały gliniany kubek z wodą. Podeszła do starej jabłoni. Dotknęła pnia. Był ciepły.
– Ja będę pamiętać – wyszeptała.
Uklękła i powoli wylała wodę pod korzeń. Niedużo. Tyle, ile miała. Potem podniosła z ziemi cienkie źdźbło trawy i ostrożnie owinęła nim mały nadłamany pęd przy korze, tak jak widziała to nieraz.
Na końcu objęła drzewo ramionami najmocniej, jak umiała. Liście zaszumiały lekko. Jak odpowiedź.
Jabłoń stała na skraju lasu bardzo długo. Zmieniły się pokolenia. Dzieci, które widziały ją jako małe, zostały dziadkami. Ludzie mówili potem, że stoi tu już „tysiąc lat”, bo nikt nie umiał policzyć więcej. Wokół zmieniało się wszystko. Drzewa rosły i padały. Ścieżki znikały. Tylko ta jedna jabłoń trwała. Nie rodziła owoców. Kto próbował uciąć gałąź, temu ręka nagle robiła się ciężka. Kto chciał ją ściąć, temu ostrze tępiło się jak na kamieniu. W końcu przestali próbować. Aż pewnego dnia wydała jeden owoc.
Tylko jeden.
Żółtawy, z rumieńcem jak od ciepłej dłoni. Na skórce miał sinawą mgiełkę. Pachniał słodkim dymem, jakby mgła kiedyś weszła w skórkę i już nie wyszła. Zobaczył go ogrodnik Robert. Pracował przy dworze w Reptach, gdzie sadzi się drzewa w równych rzędach i pilnuje, żeby rosły jak trzeba. Stanął pod jabłonią i długo patrzył. Potem zerwał owoc ostrożnie. Ugryzł.
I zobaczył ją.
Nie jak cień ani mgłę. Stała między drzewami, jasna i spokojna. Piękna tak, że trudno było od niej odwrócić wzrok. Nie w złocie i nie w koronie. W świetle liści.
– Posadź pestki – powiedziała cicho. – Nie dla siebie. Dla ludzi.
Robert wiedział już, kim jest.
– Piękna pani… – wyszeptał.
Uśmiechnęła się tylko. I zniknęła.
Robert wyjął pestki, zawinął w chustkę i zaniósł do ogrodu w Reptach. Zrobił małe dołki, włożył je w ziemię, zasypał i podlał.
Czekał.
Najpierw pojawiły się cienkie zielone kreski. Potem listki. Z roku na rok drzewka rosły wyżej i mocniej trzymały się ziemi. A gdy przyszedł ich czas, wydały owoce podobne do pierwszego: z rumieńcem jak od ciepłej dłoni, z sinawą mgiełką na skórce, pachnące lekko dymem.
Pewnego dnia chłopiec szarpnął gałąź, bo „mu się należy”. Zerwał jabłko, ugryzł i skrzywił się. Twarde i kwaśne. Tego samego dnia jego siostra zerwała swoje spokojnie i podzieliła się nim na pół z koleżanką. U nich było słodkie. Robert tylko kiwnął głową.
– Tu się prosi. Tu się nie bierze.
I tak zaczęto mówić o tych jabłkach: Piękna z Rept.
, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,