05/03/2021
Dla przypomnienia, nadal istniejemy, a Chwasty mają rację 👇
Specjalnie nie pisaliśmy o wielkim święcie tzw. "żołnierzy wyklętych" 1 marca, by zwrócić uwagę na dużo ważniejszą dla nas i ogółu Polski rocznicę, a mianowicie rocznicę zamordowania Jolanty Brzeskiej. Obok tego pojawiły się też komplikacje zdrowotne, które miejmy nadzieję mają się na razie ku końcowi.
Ale do tematu wypada wrócić, chociażby z tego względu, że P*S, faszyści na IPNowskich stołkach, i ich mentalni pobratymcy podejmują coraz bardziej rozpaczliwe próby promowania mitu, który ma stanowić fundament nowej, katolickiej, skrajnie prawicowej wizji Polski. Polski autorytarnej, pełnej fundamentalizmu i szowinizmu, Polski, jakiej nie powstydziłby się Roman Dmowskiego (który pod koniec życia zaczął zresztą wychwalać Hitlera).
Zacznijmy od tego, że ten mit nie jest tworem wyłącznie P*Su, a także o tym, że IPN też nie powstał za rządów P*Su. istnieje od 1998 roku, założony za rzadów Jerzego Buzka i koalicji rządzącej Akcji Wyborczej Solidarność-Unia Wolności. Przez pewien czas był rzeczywiście placówka badawczą, która mogła pochwalić się rzetelnymi badaniami, także w kwestii tzw. "wyklętych", zanim nowa linia partyjna i kadra pseudonaukowa zrobiła z niego Ministerstwo Prawdy.
Problemy zaczęły się w momencie, gdy rozochocona wygraną z P*Sem Platforma Obywatelska postanowiła pozalecać się do skrajnej prawicy, która zrobiła sobie cause célèbre z bojowników antykomunistycznych, i dziesięć lat temu uchwaliła Dzień Żołnierzy Wyklętych, a Bronisław "Kredyt i Zmiana Pracy" Komorowski ustawę podpisął. Nowa linia partyjna oznaczała także zaostrzenie przez PO, a potem kontynuowane przez P*S, kursu wobec PRLu - kursu polegającego na delegitymizacji pół wieku naszej historii, a w szerszym ujęciu, rugowania jakiejkolwiek myśli mogącej być alternatywą wobec prawicowego, antywolnościowego dyktatu.
Zamiast tego będziemy mieć Mit.
Mit, który z historią nie ma wiele wspólnego, za to daje świetny materiał propagandowy. Śliczni chłopcy latający z bronią po lasach i strzelający się z oddziałami radzieckimi i polskimi urasta w prawicowej wyobraźni do historii klasy Gwiezdnych Wojen, w których Lucek Niebowędrowycz samodzielnie rozmontowałby Imperium Gwiazdy, gdyby nie nóż zdradliwie wbity mu w plecy.
I jak wiele ślicznych obrazków, ma niewiele wspólnego z rzeczywistością, której nie da się uprościć bez jej strywializowania.
Kraj mocno zacofany pod właściwie każdym względem przed wojną, który doświadczył sześciu lat przemocy, eksploatacji i cierpienia. W którym zginęło sześć milionów obywateli, w tym 90% obywateli pochodzenia żydowskiego. Zniszczony w przerażającym stopniu, a którego stolica została spalona po zrywie wzniecionym przez podziemne elity, błędnie zakładające, że Warszawa padnie lada dzień. Na którego terytorium wkracza siła, która w 1939 roku napadła na kraj, jednocześnie uniemożliwiając pełną realizację ludobójczych planów nazistów pięć lat później (polecamy lekturę Generalplan Ost).
Jednocześnie pretensje do kraju rości sobie zarówno rząd przebywający w Londynie, półtora tysiąca kilometrów z dala od kraju, jak i rząd wspierany przez Moskwę, też niecałe półtora tysiąca kilometrów od granic kraju - za to z potężnymi siłami wojskowymi już na terenie Polski, oraz dwoma liczącym w szczytowym okresie po 90 000 żołnierzy armiami polskimi i oddziałami partyzanckimi.
A pośrodku Polskie Państwo Podziemne, jedna z największych podziemnych organizacji w Europie i jej żołnierze i ochotnicy, zmuszeni do dokonania niemożliwych wyborów, z dowództwem, które popełniło kardynalny błąd i doprowadziło do spalenia Warszawy (część AK chciała postawić dowództwo odpowiedzialne za warszawskie fiasko przed sądem wojskowym, co udokumentował chociażby Jan Ciechanowski, emigracyjny historyk i weteran AK).
Czy wyjść z ukrycia i zagrać w sowiecką ruletkę? Czy może pozostać w nim, czekając na rozwój wydarzeń? A może walczyć zbrojnie, bo a nuż Zachód i Sowieci wezmą się za łby?
No i co tak właściwie powie na ten temat reszta Polski, która przez ponad pół dekady znajdowała się pod obcą okupacją i złożyła ogromną daninę krwi? Która jest zmęczona wojną i chce jej zakończenia?
Wbrew oficjalnej linii partyjnej P*Su i jego Ministerstwa Prawdy, czyli IPNu, polskie podziemie nie było jednolite i dokonywano przeróżnych decyzji. Najbardziej skrajną podjęli faszyści z Brygady Świętokrzyskiej, którzy poszli na kolaborację z nazistami, próbując stworzyć coś na kształ polskiego Werwolfu. Inni kontynuowali działanie w ukryciu, jeszcze inni ujawnili się.
Nie istnieli "żołnierze wyklęci" jako jakakolwiek organizacja, a tysiące ludzi, którzy w taki czy inny sposób próbowali się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Wrzucanie ich do jednego worka to mieszanie bohaterów, którzy byli prześladowani przez nową władzę, jak generał Emil Fieldorf czy rotmistrz Witold Pilecki, z ludobójcami pokroju Burego czy Łupaszki, albo antysemitów jak ukochany przez premiera Morawieckiego Laluś. To trywializowanie i upraszczanie niezwykle złożonej sytuacji w powojennej Polsce.
To także kreowanie nowej wizji polskiej historii, w której delegitymizuje się PRL i pół wieku historii, w której staje się ona nieomal drugim Generalnym Gubernatorstwem, pod butem sowieckiego okupanta. A skoro mówimy o okupacji, to mamy stan wojny - i to wojny o imponderabilia, jak bliżej nieokreślona wolność i niepodległość. A w takiej wojnie obowiązują specjalne zasady, i dozwolone jest rabowanie obywateli Polskich, czystki etniczne, zabijanie członków partii, mniejszości żydowskiej, a także zabijanie dzieci i niemowląt.
Jest to wizja w której eliminowane są niewygodne elementy, jak amnestia 1947 roku, z której skorzystało prawie pięćdziesiąt tysięcy członków powojennego podziemia, redukując liczbę "wyklętych" do raptem dwóch tysięcy w kraju prawie 24 milionów obywateli.
I tak, po wygaśnięciu amnestii niektórych członków tego podziemia dotknęły represje, co było normą w okresie stalinowskim w całym bloku wschodnim. Jednak do dzisiaj tak właściwie nie wiadomo, ilu z nich dotknęły represje, a ilu zwyczajnie zaczęło odbudowywać swoje życie - i nie ma co liczyć na to, że komicznie upolityczniony IPN podejmie się takich działań.
W końcu przeczy to lansowanej tezie, że "wyklęci" reprezentowali ruch masowy (ostatnio miało ich być 200 tysięcy, czekamy, aż dojdzie do miliona), a czekały ich gwarantowane represje i kula w łeb (jak pokazuje casus przytoczonego wyżej Lalusia, problemem było raczej rozliczanie, np. z antysemickich ataków na żydowskich bojowników w czasie drugiej wojny).
Na zmiany nie ma raczej co liczyć. Wielokrotnie wspomniany przez nas IPN jest obecnie filarem państwowej propagandy, pardon, "polityki historycznej" i usilnie gumkuje wszelkie odstępstwa od linii partii i prawicowej wizji historii. Pamiętacie orzeczenie IPNu sprzed lat, że zbrodnia w Zaleszanach dokonana na rozkaz Burego była zbrodnią przeciwko ludzkości?
https://archive.is/jCe43
IPN wycofał się z tego dwa lata wstecz, uznając te ustalenia za wadliwe, bo przecież spalił "tylko" pięć wiosek, a w ogóle wartości o które walczył były dalece ważniejsze, niż takie tam, życie ludzkie czy dzieci.
Innymi słowy, oficjalna linia partii to: Życie ludzkie nie ma znaczenia, gdy chodzi o VATERLAND, pardon, OJCZYZNĘ.
https://archive.is/xOUop
No, chyba, że jesteś lewicowcem. Wtedy zostaniesz zdekomunizowany jako propaganda totalitarna - przez IPN zresztą - jak Janek Martyniuk, członek Gwardii Ludowej WRN, który zginął w 1943 roku, osłaniając odwrót swojego oddziału po wyzwoleniu angielskich lotników z niemieckiego obozu jenieckiego. Dla każdego umiejącego czytać i kojarzyć słowa (tudzież umiejącego korzystać z wyszukiwarki internetowej), WRN oznacza nie komunis, tylko konspiracyjną Polską Partię Socjalistyczną - Wolność Równość Niepodległość, działającą w czasie okupacji i będącą jednym z filarów Polskiego Państwa Podziemnego.
Jednak funkcjonariusze IPN - bo historykami ich nie można nazwać - ewidentnie widzą przymiotnik "Ludowa" i wpadają w furię. W przypadku Janka Martyniuka skończyło się to jego wyklęciem przez nas rząd i likwidacją niewielkiego pomnika upamiętniającego jego bohaterską śmierc.
Naziści mogli zastrzelić Martyniuka, ale to ich spadkobiercy dążą do całkowitego wymazania go i innych lewicowych bohaterów z historii. Wszystko, co nie jest prawicowe, a najlepiej skrajnie prawicowe, musi zostać usunięte z woli wszechmocnej Partii. A pomoże w tym do gruntu już przesiąknięte faszyzmem IPN, w którym awans byłego ONRowca, Greniucha, na szefa wrocławskiego IPNu to nie przypadek, a norma.
Na pewno pomoże tutaj pan Mariusz Bechta, dawniej wydawca neonazistowskiej propaganda, później redaktor naczelny skrajnie prawicowego pisemka publikującego faszystów starych i nowych, teraz specjalista IPN, sceptyczny wobec Armii Krajowej jako "zwalcza[jącej] myśl Stronnictwa Narodowego i ONR inspirowaną uniwersalizmem katolickim".
https://oko.press/bechta-z-ipn-gratulacje-dla-walusia-nazistowskie-zespoly/
Piękne, ironiczne, i bardzo polsko-dwudziestopierwszowieczne. Nastepna do dekomunizacji pewnie będzie sama Armia Krajowa, ze względu na lewicujący Testament Polski Walczącej. Uspołecznienie własności wielkokapitalistycznej i zorganizowanie sprawiedliwego podziału dochodu społecznego? Zapewnienie masom pracujących współkierownictwa i kontroli nad całą gospodarką narodową oraz warunków materialnych zabezpieczających byt rodzinie i osobisty rozwój kulturalny? Swoboda walki dla klasy robotniczej o jej prawa w ramach nieskrępowanego ruchu zawodowego?
jezukomunizm.gif!
Pociesza nas jednak myśl, że groteska kultu tzw. "wyklętych" i ciągłe lansowanie ludobójców na bohaterów powoduje zwyczajne zmęczenie, a cynizm wbity nam do głów przez trzydzieści lat powoduje naturalne odrzucenie narzuconych nam z góry autorytetów - a w szerszej perspektywie także i odrzucenie ich idei. Na pewno pomagają w tym rozmaite laurki tworzone na zamówienie władz, jak Historia Roja czy inne bajeczki o wyklętych.
Trzymamy kciuki.
Obraz: Śmierć Andreasa, Odd Nerdrum, 1977