05/12/2025
“Umarł Hanuszkiewicz, nudno będzie w teatrze” - kazał napisać na swoim nagrobku. I tak się stało. Zmarł 4 grudnia 2011.
Miał wiele cech zodiakalnego Bliźniaka, którego patronem jest Merkury. Niezależny, tryskający energią i pomysłami, z roku na rok wydawał się młodszy. I choć nie zawsze jego artystyczne decyzje akceptowałam, był niewątpliwie teatralnym natchnieniem mojej młodości. Na scenie Teatru Narodowego w Warszawie oklaskiwałam niezapomniane spektakle “Beniowskiego”, “Nie-boskiej komedii”, “Wacława dziejów” Garczyńskiego, “Snu srebrnego Salomei”, wreszcie legendarną “Balladyną”. “Wesele” Wyspiańskiego na obrotowej scenie, “Pan Tadeusz”, wodewilowe “Trzy siostry” Czechowa, a potem “Płatonow” były swoistym objawieniem. I jeszcze Norwid, Szekspir, Fredro, Dostojewski. A “Śpiewnik domowy” Moniuszki. A Fedra…
Czytał klasyków od nowa, jakby ich nigdy nie znał, po barbarzyńsku. Szukał w ich dziełach “nowych zalet”, ustalał “nowe związki między przeszłością a teraźniejszością”. Rozwiązywał ją dla siebie i dla nas, tu i teraz. Był w tym odkrywczy. Może ponad miarę swego czasu? Wtedy i tam.
Swoje teatralne wspomnienia zatytułował PSY, HONDY I DRABINA. Psy z “Miesiąca na wsi” Turgieniewa, gdzie przeobraził Teatr Mały w ogród z trawą i i żywymi psami, Honda z “Balladyny”, na której usadził czarownice Goplanę - dając jej zamiast miotły między nogi japoński motocykl i drabina - Mont Blanc, szczyt, krzyż, obsesja, więzienie młodziutkiego Kordiana, Andrzeja Nardellego… Cóż to były za przeżycia!
Oklaskiwano go i wytupywano. Odpowiadał Czechowem: “Kogo moja obecność razi, ten może wyjść z pokoju”… Albo, jak Słowacki - “Ja bardzo lubię sławę popularną, lękam się tylko wymuskanej sławy”.
Nie od razu rozumiałam powody środowiskowego ostracyzmu, jaki go spotykał. Przejęcie narodowej sceny po Marcu 68, po Kazimierzu Dejmku, na zawsze wpłynęło na odbiór jego artystycznych poczynań. Nie akceptowany przez warszawski salon, przez niektórych nazywany kolaborantem, chłostany przez krytykę za nieznaną brawurę wobec klasyków, był ulubieńcem publiczności, szczególnie młodej.
Lubił przedstawiać się słowami Gombrowicza: “jestem humorysta, pajac, linoskoczek, prowokator, moje utwory na głowie stają, żeby się spodobać, jestem cyrk, liryzm, poezja, groza, walka, zabawa…”
Radził, by myśleć uchem i okiem, nie wstydzić się dziecka w sobie. Nie bać się, że nas wyszydzą. Dopóki cię nie wyszydzą, powtarzał, będziesz nikim. Nie prowadził tekstów wielkich poetów “rączka polonisty”, dawał się im ponieść. “Strofa być winna taktem nie wędzidłem”. JAK jest kierunkiem, podpowiadał. I jeszcze: “nad każdym latają anioły, tylko nie każdy je widzi…”
Odwołano go z Narodowego w 1982. Do końca się z tym nie pogodził. Mówił głośno o swoim kompleksie outsidera. I poczuciu, że egzamin będzie zdawał u Pana Boga.
Wiele mu zawdzięczam. Nie wahał się słuchać własnej artystycznej intuicji. Młodszy był od nas młodych duchem i wyobraźnią.
“Niczego tak się u nas nie nienawidzi jak samodzielności w myśleniu, to jest decyzji” - powtarzał. Brakuje Adama. W teatrze i w życiu.