28/03/2026
O KAROLU, „CO SIĘ KULOM NIE KŁANIAŁ”, cz. 1
Zaryzykuję stwierdzenie, że gdyby nadal trwał jeszcze PRL, to dziś około 28 marca 2026 r. w Szkole Podstawowej nr 28 w Rybniku-Kamieniu obchodzilibyśmy dzień pamięci patrona – gen. Karola Świerczewskiego, pseudonim „Walter”. Dokładnie 78 lat temu zginął bowiem w Bieszczadach. Kim był człowiek, którego wizerunek na co dzień każdy obywatel tego kraju oglądał na banknocie 50 złotowym?
ŻOŁNIERZY KOCHAŁ JAK DZIECI
Życiorys komunistycznego bohatera zawsze musiał być pomnikowy. W zgodzie z ówczesną propagandą, w 1967 r., w hucznie obchodzoną 20. rocznicę jego śmierci w „Kronice SP 28” tak o nim pisano (zapis oryginalny): „Gen. Świerczewski brał udział już w Rewolucji Październikowej, a następnie jedzie do Hiszpanii, gdy dowiaduje się o wybuchu wojny domowej. Organizuje brygadę dąbrowszczaków i na jej czele walczy o wolność ludu hiszpańskiego. Kiedy trwa okupacja na naszych ziemiach udaje się do Związku Radzieckiego, gdzie jest współorganizatorem dywizji im. T. Kościuszki a następnie armii Wojska Polskiego. Nie tknęły się go kule w czasie marszu na Berlin. Po okupacji bierze czynny udział w zwalczaniu band, które grasowały jeszcze na naszych ziemiach. Zdradziecka kula banderowcy z bandy UPA przerwała tak bogate i pełne poświęcenia się dla ojczyzny życie bohatera różnych frontów.” Nie wspomina się nic o nim, jako o patronie szkoły, ale wymienia uroczystą akademię i gazetki w klasach oraz na korytarzu. Wszystko to oczywiście efekt „polecenia z góry”.
We współczesnej publikacji poświęconej kultowi gen. „Waltera”, Krzysztof Potaczała pisze takie słowa o obchodach z 1967 r.: „W szkołach wychowawcy klas otrzymują zadanie poświęcenia w tygodniu co najmniej jednej godziny na rozmowę o życiu generała. Aspekt wychowawczy ma fundamentalne znaczenie – uczniowie powinni czerpać z postaci Świerczewskiego całą jego wiedzę, umiejętności, postawę. Jest w końcu przedstawiany jako dowódca wybitny, który w dodatku kocha swoich żołnierzy jak własne dzieci. Jeszcze nikt nigdzie nie może przeczytać, że to oficer małego kalibru, uzależniony od alkoholu, podejmujący błędne decyzje, które skutkują bezsensowną śmiercią tysięcy podkomendnych. Niewielu więc o tym wie, a ci, którzy wiedzą, nie mówią. Chcą spać we własnym łóżku, nie na więziennej pryczy.”
MASKA OPADŁA
Skrywana prawda wyszła na jaw po przełomie 1989 roku i upadku PRL. Okazało się wówczas, że „Świerczewski” to nazwisko przybrane przez jego ojca – Karola Tenenbauma, aby ukryć żydowskie pochodzenie. Nasz Karol urodził się w Warszawie w 1897 r. Osierocony w wieku 15 lat musiał pracować jako tokarz, dokształcając się na kursach wieczorowych. Po wybuchu I wojny światowej życie swoje zwiąże z Rosją. Bierze udział w walkach I wojny światowej, rewolucji 1917 r. i wtedy też wstąpi do partii komunistycznej. W fabryce dzianin, gdzie pracował, poznaje swoją przyszłą żonę Anną Worodinową, która rodzi mu trzy córki. „On po cichu – pisze w swojej książce Potaczała – pragnie syna, ale mu się nie udaje go spłodzić. Doczekał się go jednak jakiś czas później, z kochanką. Małżeństwo nie jest idealne, bo Karol ma skłonności do skoków w bok, lecz jakoś trwa”. Walczy w wojnie polsko-bolszewickiej roku 1920 i zostaje nawet ranny. Nie broni Polski, ale razem z Armią Czerwoną chce ją zdobyć. To kolejna prawda skrzętnie skrywana przed polskim społeczeństwem.
Świerczewski robi karierę w wojsku. Zostaje komisarzem politycznym, w 1927 r. kończy Akademię Wojskową. „Rok później zostaje oficerem radzieckiego wywiadu wojskowego. Nie przestaje nim być aż do śmierci, choć ten fragment życiorysu – podobnie jak udział w wojnie polsko-bolszewickiej – skrzętnie pomijany jest w piśmiennictwie Polski Ludowej. Ówcześni historycy wojskowości, ale nie tylko oni, uznają, że polskie społeczeństwo nie musi znać takich szczegółów o Karolu Świerczewskim. W tamtym czasie to przede wszystkim bohater Polski, który umiera za ojczyznę na niegościnnej bieszczadzkiej ziemi”.
PIJANY WALTHER
W grudniu 1936 r. Moskwa wysyła go z misją do Hiszpanii, aby walczył przeciw antykomunistycznym siłom gen. Franco. To ważny moment w jego karierze. Nie jest prawdą, że zgłosił się tam jako ochotnik i że dowodził ochotnikami z polski, tzw. dąbrowszczakami. Zyskuje jednak sławę nieustraszonego.
„Podczas walk – pisze Jakub Radecki – niemal zawsze był pod wpływem alkoholu. Stawał się wtedy despotą, całkowicie odrzucał rady podległych oficerów, a nawet ignorował rozkazy dowództwa wyższego szczebla. Mit „człowieka, który się kulom nie kłaniał” ma swoją hiszpańską genezę. Świerczewski w czasie upojenia alkoholowego opuszczał bezpieczną kwaterę (okop, schron, budynek), narażając się na śmierć. Ta skłonność pozostanie wizytówką jego dowodzenia. Czasami owych szalonych wypadów dokonywał jedynie w bieliźnie, trzymając w ręku ukochane pistolety Walther”.
Tym ulubionym rewolwerem, od którego nazwy ukuto mu pseudonim, rozstrzeliwuje jeńców, dezerterów i innych „wrogów ludu”. W czasie tej wojny domowej poznał go osobiście Ernest Hemingway. W swojej słynnej powieści „Komu bije dzwon” wciela go w postać gen. Golza, przywołując „jego dziwnie bladą twarz, której nigdy nie chwytała opalenizna, sokole oczy, duży nos, wąskie wargi i ogoloną głowę, poznaczoną zmarszczkami i bliznami”. Gen. „Walter” poznaje tam też kochankę – Isabelitę – dla której jest gotów się rozwieść i z którą chce się żenić. Odmówiono mu tego i w 1938 r. wezwano do Moskwy. Wielu weteranów wojny w Hiszpanii dotknęły czystki, ale on ostatecznie otrzymuje awans i w 1940 r. wykłada w Akademii Wojskowej.
PRZYGODY WOJENNEGO SZLAKU
W 1941 r. Świerczewski broni swojej ojczyzny (ZSRR) przed Niemcami, doprowadzając do całkowitego rozbicia powierzonej mu dywizji. Zostaje za to odsunięty od dowodzenia w Armii Czerwonej i skierowany do szkolenia nowych rekrutów. On chce jednak wrócić na pierwszą linię frontu.
Gdy wiosną 1944 r. w ZSRR, z rozkazu Stalina, zaczyna się tworzyć Ludowe Wojsko Polskie, Świerczewski ubrany zostanie przez sowietów w mundur polski. Awansuje na zastępcę dowódcy I Armii WP. Nie lubią się z gen. Zygmuntem Berlingiem. Razi nie tylko alkoholizm gen. Świerczewskiego.
„W dodatku jest mocno kochliwy, a to – jak zauważa Potaczała – rodzi problemy. W Sumach bałamuci dwudziestoletnią Ukrainkę, która pomaga w jego karierze. Podobno jako czterdziestosiedmiolatek płodzi z nią dziecko. Ale to nie pierwsza i nie ostatnia przygoda miłosna „Waltera”. (…) Rzuca chamskimi odzywkami, wyśmiewa, poniża. Nie wszystkim się to podoba, ale kto zaprotestuje? Jest jednym z najwyższych rangą wojskowych dygnitarzy”.
Ostatecznie odsunięty od gen. Berlinga, dostaje w sierpniu 1944 r. zadanie organizacji II Armii Wojska Polskiego. Obejmuje w niej dowództwo i kieruje nią do końca wojny. Dowodzi jak w pijackim amoku. W bitwie pod Budziszynem pcha żołnierzy wprost pod zaporowy ogień Niemców, co kończy się sromotną klęską. W dwutygodniowej operacji łużyckiej traci 57% czołgów, a straty w ludziach są koszmarne - to 5000 zabitych, 3000 zaginionych i 10000 rannych. Zamiast zdegradowania dostaje awans na generała broni, a w lutym 1946 r. zostaje drugim Wiceministrem Obrony Narodowej.
ŚMIERĆ PRZYSZŁA WIOSNĄ
Okoliczności jego śmierci w dniu 28.03.1947 r. nie do końca są jasne, ale w PRL-u o tym nie wolno było mówić. Niektórzy twierdzą, że wcale nie zginął w potyczce z partyzantami UPA, ale że z polskich rąk dosięgła go sprawiedliwość. Tak postępując miał przecież wielu wrogów. Śmierci nie spotkał też „na trzeźwo”. Historycy wojskowości twierdzą, że gdyby nie alkohol, to pewnie wyszedłby z tego bez szwanku. Jednak bez oddania życia dla sprawy trudno by mu było stać się ikoną minionego systemu.
Dziś trudno uwierzyć, że dało się tak napisać życiorys Świerczewskiego i wykreować jego osobę, że stał się popularnym patronem ulic, zakładów pracy, a również – o grozo! - ponad setki szkół w tym kraju. Wątpliwy przywilej posiadania takiego patrona miała też szkoła w Kamieniu.
Tekst: D. Jądro