Kamień - Stein - Kamiyń mój dom

Kamień - Stein - Kamiyń mój dom Kamień - Stein - Kamiyń - strona o Kamieniu obecnie dzielnicy Rybnika, o jego przeszłości o ludziach, wydarzeniach i wszystkim co nas dotyczy.

MOSZ ŁOJCA SZKLORZA… I KOWOLA!Franciszek Rittau, szklił okna na tyłach GSu. W małym pomieszczeniu na środku stał stół pr...
02/05/2026

MOSZ ŁOJCA SZKLORZA… I KOWOLA!

Franciszek Rittau, szklił okna na tyłach GSu. W małym pomieszczeniu na środku stał stół przykryty filcowym kocem, pod ścianami oparte były szyby i ramy. Na stole szklonka kawy. Do blatu przykręcono maszynka do mięsa do rozcieńczania kitu fernaisem (pokostem).
- Kiedy się trochę zmarzło stojąc w kolejce do mięsnego, to z mamą przychodziłyśmy do dziadka się ogrzoć. Nawet teraz przypomina mi się zapach kitu pomieszany z zapachem kawy i tytoniu – wspomina wnuczka Krystyna Roter.

KOWOL Z ZAMIŁOWANIO

Franciszek tak po prawdzie, był kowolem i pochodził z Młynów. Uczył się fachu u pana Krakowczyka w Rybniku. Piyrszo kuźnia mioł naprzeciwko Papieroka – klubu „Kamyk”. Przy drodze, która była prostopadło do dzisiejszej ulicy Szewczyka naprzeciw Aldaro. Kiedy w 1937 roku ożynił się z Erną u Molendów, zamieszkoł przy ulicy Robotniczej (Rybnicka) koło stolorza Hanaka i postawił tam własno kuźnia. Była to prosto szopa z desek przykryto sznepdachem (jednospadowym). W środku mioł komin, dmuchawa kiero zaprojektowoł som, taki mechanizm z koła roweru okutego drewnem z przekładnią i łańcuchem. Kowadło (50 kg) przywiózł se z torgu w Katowicach autobusem. Wysiod na przejeździe kolejowym. Zostawił go dróżnikowi, kiery na przejeździe dźwigoł i opuszczoł szlogi(szlabany), a były jeszcze wtedy na korba. Polecioł do dom po koło i dowiózł kowadło na pekhaltrze. Mógł podkuwać konie, wykuwać poręczne, lekkie kopoczyki, hoki, grzebła, podkowy i łopatki do pieca. Okuwoł koła wózków i co yno. Na jednym ze zdjęć widać huśtawkę w kształcie łódki, Franciszek widzioł tako kajś na odpuście i zrobił podobno swoim dzieciom. A mioł ich czworo: najstarszego Hermana (ojca Wiesi, Krysi i Bogdana),Teobalda - zmarł jako dziecko, Jana (ojca Ilony, Ewy i Zbyszka) i Marysię żonę Bolesława (matkę Tomasza i Jarka).

Kuźnia była zajęciem dorywczym. Jako młodziok pracowoł na Silesji, a w czasie wojny robił w hucie Bankowej w Dąbrowie Górniczej przy spawaniu czołgów, skąd roz na tydzień, przyjeżdżoł do dom. Po wojnie wylądował na Koksach w Dębieńsku.

STRASZNY ROK 1945 – WIĘŹNIOWIE

26 stycznia 1945 roku ulicą Robotniczą, koło domu Molendów szli więźniowie w marszu śmierci. Droga była szpryngniono i tory wykolejone więc ich gonili piechty.
Syn Franciszka Herman, mioł wtedy 5 lot i lecioł za tatą popatrzeć na droga. Franciszek mioł nadzieja ciepnąć im chleba, ale szupok zareagowoł bardzo stanowczo.
- Cało droga była pełno ludzi w pasiakach. Pamiętom jednego, ciągnął za sobą ryczka na sznurku jak sonki, na kierej mioł jakieś lonty(ubrania). Pamiętom tyż, odgłos szczylanio z Młynów. Tam, na Niwach zmasakrowano najwięcej więźniów – opowiado syn Franciszka, Herman Rittau z ulicy Arki Bożka.

Na półce w pokoju gościnnym wisi u Rittałów kryka z bambusa. Franciszek znod ją w rancie, po przejściu kolumny więźniów. Okazało się, że jest bambusowo, lekko.

NOWO KUŹNIA – NOWE PORZĄDKI

Po wojnie w 1951 roku Franciszek razem ze szwagrem Paulem Krauze kiery boł murarzem, postawił se kuźnia murowano, dobudowano do domu. Cóż kej ktoś doniósł i przyszli ze skarbówki zakozać mu działalności.
- Tata urzędników ugościł, trocha popili i się dogodali. Po robocie na Koksach dalij kuł, ale jak to godali za „oddawis” czyli coś za coś – opowiada pan Herman.
Podkuwali u niego gospodarze z Kamienia – między innymi Dworaczek, a mieszkańcy chodzili po kopocze, bo takich lekkich u Lije nie było.
Na emeryturze Franciszek nie umiał wysiedzieć i zorganizowoł se warsztat szklarski na tyłach GS-u. Zmarł w 1999 roku w wieku 86 lat.
Spisała Joanna Kucharczak

SYBERIA…Syberia była doświadczeniem wielu mieszkańców Kamienia. Ci co zginęli na „nieludzkiej ziemi” są wypisani na tabl...
04/04/2026

SYBERIA…
Syberia była doświadczeniem wielu mieszkańców Kamienia. Ci co zginęli na „nieludzkiej ziemi” są wypisani na tablicy pamiątkowej w książenickim kościele. Kilku wróciło.
– Długo myślałam, że dziadek jest niemową. Po powrocie z Syberii nie odzywał się wcale. Dopiero później dowiedziałam się, że straszne doświadczenia wywózki spowodowały to, że przestał się odzywać – wspomina dziadka Franciszka Rittaua Krystyna Bochenek. Pani Ptakowa z domu Żebrowska, była tam wywieziona jako nastolatka, razem z rodziną w 1940 roku. Na Syberię zostali skazani Ludwik Minkus i Albert Weirauch.
Oto pierwsza opowieść:

LUDWIK MINKUS-SZCZĘŚCIE W NIESZCZĘŚCIU
Mała Longina Krawieczek-Kołodziejczyk, przyjaźniła się w podstawówce z Janiną Minkus (po mężu Szymała). Dziewczynka przynosiła do szkoły na swojej sznitce podwójno bajlaga. Widziała, że mało Ginka mo suchy chleb. Wojna nikogo nie oszczędzała, ale Minkusom powodziło się dobrze. Tata Ludwik jeszcze przed wojną dostoł robota w Urzędzie Skarbowym w Katowicach i ta fucha niejednego kłuła w oczy. W czasie wojny donosili na niego, że jest Polokiem, tym bardziej, że udało mu się wywinąć od Wermachtu, a po wojnie, wskazywali, że jest Niemcem. Ludwik Minkus (ur.1910 r) pochodził z Poznania, a żona Otylia z domu Witt urodziła się (1912 r) w Pilchowicach. Później zamieszkała w Rudzie Śląskiej - Bielszowicach. Tam się poznali i ożenili. Przed wojną urodziło im się troje dzieci: w 1932 Henryk, w 1934 Janina, w 1937 Ludwik. W czasie wojny urodził się Stefan - późniejszy szef stacji Minkus w Zawiści. Kupili w Kamieniu stary dom przy dzisiejszej ulicy Pojdy. Koło Piechów i Kotów. Brat Otylii Hubert ożenił się u Szombarów i po wojnie wybudował dom przy ulicy Arki Bożka, miał córkę Krystynę.
W lutym 1945 wtargnęli do kuchni Minkusów dwaj ruscy żołnierze, bo dostali cynk, że tu mieszka niemiecka rodzina. Sowieci rzucili gywery na stół i zaczęli krzyczeć, że wystrzelają Germańców. Janka usłyszała tylko strwożony głos ojca: - Tila co z nami bydzie!? Wiedzieli, że sołdaci są zdolni do wszystkiego.

DO AKCJI WKRACZA STEFEK
Jeden wojok przysiadł przy stole i nagle pięcioletni Stefek wskoczył mu na kolana. Rusek próbowoł godać do niego po niemiecku, ale mały mu szwargotoł po polsku. Skłodoł ręce, godoł „amen”. I pyto się Rus małego: „To do Boha?” Ujrzoł kiwnięcie głową, po czym wstoł i pedzioł tymu drugimu, że tu Germańców ni ma. Otylia patrzyła na to, co się działo w zdumieniu. Wyprowadzili za to Ludwika. Tata nie wrócił na noc. Nazajutrz dzieci, same z siebie, zaczęły modlić się o powrót taty. Dziennie o tej samej porze klękały przy piecu i modliły się różaniec. Nagle przestały. Mama zaczęła ich zaganiać do modlitwy, ale odpowiedziały z pewnością, że tata przyjdzie albo w piątek, albo w sobotę.

MINKUS JEDZIE NA SYBIR
Okazało się, że z innymi Ślązokami Ludwik Minkus został wpakowany do bydlęcych wagonów i wieziony na wschód. Nagle podczas jakiegoś przystanku usłyszał szept wachtującego kolejorza:
- Ludwik, a ty co tu robisz!? Tyn pociąg jedzie na Syberia.
Potem zadziało się wszystko szybko.
– Mosz tu jakigoś znajomego? – zapytoł baniok.
I tak, razem z kolegą z Czuchowa uciekli z pociągu. Szli długo, bo byli już pod ruską granicą. W Czuchowie kolega zaproponowoł: - Zostoń u nos, oporządzisz się, bo cie dzieci nie poznają.
I to był piątek. W sobota wrócił do Kamienia.
Po wojnie durch robił w urzędzie w Katowicach. W dzień zaduszny 5 listopada 1963 roku pojechoł do roboty ostatni ro. Przewrócił się w trakcie wykonywania obowiązków, dostoł wylew...
Historia ta była opowiadana przez córkę Jankę, koleżance z ławy szkolnej Gince, mojej mamie i została potwierdzona przez rodzinę syna pani Janki Szymała.
Spisała Joanna Kucharczak

O KAROLU, „CO SIĘ KULOM NIE KŁANIAŁ”, cz. 1Zaryzykuję stwierdzenie, że gdyby nadal trwał jeszcze PRL, to dziś około 28 m...
28/03/2026

O KAROLU, „CO SIĘ KULOM NIE KŁANIAŁ”, cz. 1

Zaryzykuję stwierdzenie, że gdyby nadal trwał jeszcze PRL, to dziś około 28 marca 2026 r. w Szkole Podstawowej nr 28 w Rybniku-Kamieniu obchodzilibyśmy dzień pamięci patrona – gen. Karola Świerczewskiego, pseudonim „Walter”. Dokładnie 78 lat temu zginął bowiem w Bieszczadach. Kim był człowiek, którego wizerunek na co dzień każdy obywatel tego kraju oglądał na banknocie 50 złotowym?

ŻOŁNIERZY KOCHAŁ JAK DZIECI
Życiorys komunistycznego bohatera zawsze musiał być pomnikowy. W zgodzie z ówczesną propagandą, w 1967 r., w hucznie obchodzoną 20. rocznicę jego śmierci w „Kronice SP 28” tak o nim pisano (zapis oryginalny): „Gen. Świerczewski brał udział już w Rewolucji Październikowej, a następnie jedzie do Hiszpanii, gdy dowiaduje się o wybuchu wojny domowej. Organizuje brygadę dąbrowszczaków i na jej czele walczy o wolność ludu hiszpańskiego. Kiedy trwa okupacja na naszych ziemiach udaje się do Związku Radzieckiego, gdzie jest współorganizatorem dywizji im. T. Kościuszki a następnie armii Wojska Polskiego. Nie tknęły się go kule w czasie marszu na Berlin. Po okupacji bierze czynny udział w zwalczaniu band, które grasowały jeszcze na naszych ziemiach. Zdradziecka kula banderowcy z bandy UPA przerwała tak bogate i pełne poświęcenia się dla ojczyzny życie bohatera różnych frontów.” Nie wspomina się nic o nim, jako o patronie szkoły, ale wymienia uroczystą akademię i gazetki w klasach oraz na korytarzu. Wszystko to oczywiście efekt „polecenia z góry”.
We współczesnej publikacji poświęconej kultowi gen. „Waltera”, Krzysztof Potaczała pisze takie słowa o obchodach z 1967 r.: „W szkołach wychowawcy klas otrzymują zadanie poświęcenia w tygodniu co najmniej jednej godziny na rozmowę o życiu generała. Aspekt wychowawczy ma fundamentalne znaczenie – uczniowie powinni czerpać z postaci Świerczewskiego całą jego wiedzę, umiejętności, postawę. Jest w końcu przedstawiany jako dowódca wybitny, który w dodatku kocha swoich żołnierzy jak własne dzieci. Jeszcze nikt nigdzie nie może przeczytać, że to oficer małego kalibru, uzależniony od alkoholu, podejmujący błędne decyzje, które skutkują bezsensowną śmiercią tysięcy podkomendnych. Niewielu więc o tym wie, a ci, którzy wiedzą, nie mówią. Chcą spać we własnym łóżku, nie na więziennej pryczy.”

MASKA OPADŁA
Skrywana prawda wyszła na jaw po przełomie 1989 roku i upadku PRL. Okazało się wówczas, że „Świerczewski” to nazwisko przybrane przez jego ojca – Karola Tenenbauma, aby ukryć żydowskie pochodzenie. Nasz Karol urodził się w Warszawie w 1897 r. Osierocony w wieku 15 lat musiał pracować jako tokarz, dokształcając się na kursach wieczorowych. Po wybuchu I wojny światowej życie swoje zwiąże z Rosją. Bierze udział w walkach I wojny światowej, rewolucji 1917 r. i wtedy też wstąpi do partii komunistycznej. W fabryce dzianin, gdzie pracował, poznaje swoją przyszłą żonę Anną Worodinową, która rodzi mu trzy córki. „On po cichu – pisze w swojej książce Potaczała – pragnie syna, ale mu się nie udaje go spłodzić. Doczekał się go jednak jakiś czas później, z kochanką. Małżeństwo nie jest idealne, bo Karol ma skłonności do skoków w bok, lecz jakoś trwa”. Walczy w wojnie polsko-bolszewickiej roku 1920 i zostaje nawet ranny. Nie broni Polski, ale razem z Armią Czerwoną chce ją zdobyć. To kolejna prawda skrzętnie skrywana przed polskim społeczeństwem.
Świerczewski robi karierę w wojsku. Zostaje komisarzem politycznym, w 1927 r. kończy Akademię Wojskową. „Rok później zostaje oficerem radzieckiego wywiadu wojskowego. Nie przestaje nim być aż do śmierci, choć ten fragment życiorysu – podobnie jak udział w wojnie polsko-bolszewickiej – skrzętnie pomijany jest w piśmiennictwie Polski Ludowej. Ówcześni historycy wojskowości, ale nie tylko oni, uznają, że polskie społeczeństwo nie musi znać takich szczegółów o Karolu Świerczewskim. W tamtym czasie to przede wszystkim bohater Polski, który umiera za ojczyznę na niegościnnej bieszczadzkiej ziemi”.

PIJANY WALTHER
W grudniu 1936 r. Moskwa wysyła go z misją do Hiszpanii, aby walczył przeciw antykomunistycznym siłom gen. Franco. To ważny moment w jego karierze. Nie jest prawdą, że zgłosił się tam jako ochotnik i że dowodził ochotnikami z polski, tzw. dąbrowszczakami. Zyskuje jednak sławę nieustraszonego.
„Podczas walk – pisze Jakub Radecki – niemal zawsze był pod wpływem alkoholu. Stawał się wtedy despotą, całkowicie odrzucał rady podległych oficerów, a nawet ignorował rozkazy dowództwa wyższego szczebla. Mit „człowieka, który się kulom nie kłaniał” ma swoją hiszpańską genezę. Świerczewski w czasie upojenia alkoholowego opuszczał bezpieczną kwaterę (okop, schron, budynek), narażając się na śmierć. Ta skłonność pozostanie wizytówką jego dowodzenia. Czasami owych szalonych wypadów dokonywał jedynie w bieliźnie, trzymając w ręku ukochane pistolety Walther”.
Tym ulubionym rewolwerem, od którego nazwy ukuto mu pseudonim, rozstrzeliwuje jeńców, dezerterów i innych „wrogów ludu”. W czasie tej wojny domowej poznał go osobiście Ernest Hemingway. W swojej słynnej powieści „Komu bije dzwon” wciela go w postać gen. Golza, przywołując „jego dziwnie bladą twarz, której nigdy nie chwytała opalenizna, sokole oczy, duży nos, wąskie wargi i ogoloną głowę, poznaczoną zmarszczkami i bliznami”. Gen. „Walter” poznaje tam też kochankę – Isabelitę – dla której jest gotów się rozwieść i z którą chce się żenić. Odmówiono mu tego i w 1938 r. wezwano do Moskwy. Wielu weteranów wojny w Hiszpanii dotknęły czystki, ale on ostatecznie otrzymuje awans i w 1940 r. wykłada w Akademii Wojskowej.

PRZYGODY WOJENNEGO SZLAKU
W 1941 r. Świerczewski broni swojej ojczyzny (ZSRR) przed Niemcami, doprowadzając do całkowitego rozbicia powierzonej mu dywizji. Zostaje za to odsunięty od dowodzenia w Armii Czerwonej i skierowany do szkolenia nowych rekrutów. On chce jednak wrócić na pierwszą linię frontu.
Gdy wiosną 1944 r. w ZSRR, z rozkazu Stalina, zaczyna się tworzyć Ludowe Wojsko Polskie, Świerczewski ubrany zostanie przez sowietów w mundur polski. Awansuje na zastępcę dowódcy I Armii WP. Nie lubią się z gen. Zygmuntem Berlingiem. Razi nie tylko alkoholizm gen. Świerczewskiego.
„W dodatku jest mocno kochliwy, a to – jak zauważa Potaczała – rodzi problemy. W Sumach bałamuci dwudziestoletnią Ukrainkę, która pomaga w jego karierze. Podobno jako czterdziestosiedmiolatek płodzi z nią dziecko. Ale to nie pierwsza i nie ostatnia przygoda miłosna „Waltera”. (…) Rzuca chamskimi odzywkami, wyśmiewa, poniża. Nie wszystkim się to podoba, ale kto zaprotestuje? Jest jednym z najwyższych rangą wojskowych dygnitarzy”.
Ostatecznie odsunięty od gen. Berlinga, dostaje w sierpniu 1944 r. zadanie organizacji II Armii Wojska Polskiego. Obejmuje w niej dowództwo i kieruje nią do końca wojny. Dowodzi jak w pijackim amoku. W bitwie pod Budziszynem pcha żołnierzy wprost pod zaporowy ogień Niemców, co kończy się sromotną klęską. W dwutygodniowej operacji łużyckiej traci 57% czołgów, a straty w ludziach są koszmarne - to 5000 zabitych, 3000 zaginionych i 10000 rannych. Zamiast zdegradowania dostaje awans na generała broni, a w lutym 1946 r. zostaje drugim Wiceministrem Obrony Narodowej.

ŚMIERĆ PRZYSZŁA WIOSNĄ
Okoliczności jego śmierci w dniu 28.03.1947 r. nie do końca są jasne, ale w PRL-u o tym nie wolno było mówić. Niektórzy twierdzą, że wcale nie zginął w potyczce z partyzantami UPA, ale że z polskich rąk dosięgła go sprawiedliwość. Tak postępując miał przecież wielu wrogów. Śmierci nie spotkał też „na trzeźwo”. Historycy wojskowości twierdzą, że gdyby nie alkohol, to pewnie wyszedłby z tego bez szwanku. Jednak bez oddania życia dla sprawy trudno by mu było stać się ikoną minionego systemu.
Dziś trudno uwierzyć, że dało się tak napisać życiorys Świerczewskiego i wykreować jego osobę, że stał się popularnym patronem ulic, zakładów pracy, a również – o grozo! - ponad setki szkół w tym kraju. Wątpliwy przywilej posiadania takiego patrona miała też szkoła w Kamieniu.
Tekst: D. Jądro

UMARŁ BAĆKO, UMARŁ...Już 73 lata mija od chwili, gdy 5 marca 1953 r. gruchnęła wieść – „Stalin nie żyje!” Następnego dni...
06/03/2026

UMARŁ BAĆKO, UMARŁ...

Już 73 lata mija od chwili, gdy 5 marca 1953 r. gruchnęła wieść – „Stalin nie żyje!” Następnego dnia o godz. 11:00 na budynku szkoły w Kamieniu zawieszono „sztandar spowity kirem”. Wszyscy uczniowie zgromadzili się na korytarzu, gdzie odbył się specjalny apel żałobny.

Pogrzeb przywódcy sowieckiego państwa odbył się jakieś 1500 km od Kamienia, w Moskwie, na Placu Czerwonym. Ale tego dnia – 9 marca 1953 r. - o godz. 10:00, nasza młodzież ze swoimi wychowawcami zgromadziła się w klasach, aby w największym skupieniu i ciszy oddać hołd zmarłemu wodzowi, przez powstanie z miejsc i postawie na baczność. Słuchano audycji radiowej. Podczas całej emisji na korytarzu, przed udekorowanym portretem Józefa Stalina, pełniła wartę honorową drużyna harcerska. Opiekę nad szkolną drużyną pełniła wówczas nauczycielka, członkini socjalistycznego Związku Młodzieży Polskiej – Domicela Kruk. Członkowie warty przybrani byli w czerwone chusty. Do portretu podchodziły delegacje poszczególnych klas, aby w ten symboliczny sposób wziąć udział w żałobnych uroczystościach.

NIEOFICJALNIE

Mieszkaniec Kamienia Alojzy Rezner, który w tym czasie miał 24 lata wspominał, że tu w kręgu osób zaufanych w stosunku do Stalina używano powszechnie określenia o pogardliwym zabarwieniu - „Baćko”. Ponoć odnosić się ono miało do propagandowej roli „ojczulka” narodów, ale też bardziej dosadnie do „prymitywnego wąsatego typa”. Za taką kpinę z przywódcy ZSRR można było sobie narobić kłopotów – doświadczyć sporych nieprzyjemności ze strony służb, które wyczulone były na wszelką niesubordynację. Dla jednego z mieszkańców Kamienia, z dzisiejszej ul. Walecznych, mogło się to skończyć tragicznie. Szwagrowi Rufinowi w czasie ogólnosocjalistyczej żałoby – dokładnie w następny dzień po śmierci Stalina – urodził się pierworodny syn. Wzorem ówczesnych szczęśliwych ojców i on mocno sobie podpił. A że wracając do domu okazywał nieskrywaną, euforyczną wręcz radość, zgarnęła go z drogi Służba Bezpieczeństwa. - „Jak to towarzyszu? Wy cieszycie się, kiedy cały naród pogrążony jest w żałobie?” - padło groźne pytanie. Momentalnie wytrzeźwiał, gęsto się tłumacząc. Skończyło się na pouczeniu, co do prezentowania właściwych obywatelskich postaw.

NAUKA KŁAMSTWA

Udawanie było wizytówką całej drogi do socjalizmu. Teraz trzeba było się smucić, wygrażać wrogom najlepszego na świecie ustroju, deklarować publicznie zobowiązania produkcyjne - o ile procent normy zwiększymy teraz wydajność na swoim stanowisku pracy.

Pozostając w atmosferze zadumy, zacytujmy na koniec fragment wiersza naszej wielkiej noblistki – Wisławy Szymborskiej – która w utworze „Ten dzień” takimi słowami wyrażała wówczas stan swojego ducha po śmierci Stalina:

„Póki nikt z was nie wypowie pierwszych słów,

brak pewności jest nadzieją, towarzysze...

Milczę. Wiedzą, że to czego nie chcę słyszeć -

muszę czytać z pochylonych głów”.

Tekst: D. Jądro

O GROMNICZKACHPrzedstawiamy kolejny tekst naszej piątoklasistki Reginy Luksówny później Szymała, z lutego 1932 roku, pub...
03/02/2026

O GROMNICZKACH

Przedstawiamy kolejny tekst naszej piątoklasistki Reginy Luksówny później Szymała, z lutego 1932 roku, publikowany w czasopiśmie „Młodzież Śląska”. Mamy opis historii, która była opowiadana pewno w wielu domach w zimowe wieczory, o tym jak Matka Boża obroniła świecą, kogoś przed zgrają wilków. Gromniczka musiała być kiedyś w każdym domu. Święcono ją 2 lutego i zapalano w chwilach trwożących, podczas burz. Wkładano ją też do rąk umierającym.

Publikujemy obraz pana Ludwika Jeziorowskiego o tej tematyce. Był to prezent dla Benedykta Kołodziejczyka od mamy Longiny z okazji urodzin. Jak sam mówił jako dziecko, że on jest: dugi dugi 58. A oto tekst Reginki sprzed stu lat.

Joanna Kucharczak

NA GROMNICZNĄ.

(Napisała LUKSOWNA REGINA ucz. kl. V-ej Szkoły Powszechnej w Kamieniu).

Zimno było na świecie. Mróz coraz bardziej rozpoczynał swe panowanie nad całym światem. Zimny wiatr dmuchnął na wody, które momentalnie marzły. Wróble ćwierkając z głodu, cisnęły się w okna chat wieśniaczych. W chatach panował nastrój świąteczny, bo to dziś święto Matki Boskiej Gromnicznej. Święto to jest pamiątką ofiarowania Pana Jezusa w świątyni. Kobiety śpieszyły się, bo dzwony już zwoływały wiernych do Przybytku Pańskiego. W małej chatce, przy łożu chorego, siedziała żona ze złożonemi rękoma, pogrążona w myślach. Co roku śpieszyła ona też z gromnicą do kościoła. Przeszło dwanaście lat mąż jej był niedowiarkiem. Już dwanaście razy w święto Gromnicznej, błagała, „Pocieszycielki Utrapionych“ o pociechę. Wczoraj mąż powiedział jej, że dzisiaj nie pozwoli jej iść do kościoła, ale Bóg widocznie chciał inaczej, bo oto nagle zachorował. Biedna kobieta, siedząc przy łóżku, myślała nad tem, że mąż nie może umrzeć teraz bez spowiedzi. Na samo wspomnienie o tem dreszcz przeniknął ją. Siedząc w tych strasznych myślach, które niemiłosiernie gryzły jej sumienie, weszła jej synowa Jadwiga. „Idźcie matko do kościoła, ja tymczasem zostanę przy ojcu“ — rzekła do niej. Kobieta pełna szczęścia pośpieszyła do kościoła z gromnicą, która jej pozostała od pierwszej komunji św. Pełna powagi szła w milczeniu, nie oglądając się na nikogo, jakaś dziwna radość zawitała do jej serca. Po nabożeństwie poszła do księdza proboszcza opowiedziała mu o mężu. Ksiądz wysłuchał skarg kobiety jako osoba zastępująca Boga pocieszył ją i obiecał, że zjawi się wieczorem u chorego...

Wolno posuwają się sanki w puszystym śniegu. Zmierzch już zapadł. Woźnica otulony płaszczem nic poza sobą nie widzi i nie wie, że grozi im wielkie niebezpieczeństwo.

Całe stado wilków pędzi z pobliskiego lasu, wyjąc przeraźliwie. Konie stanęły dęba i już... już wilk chwytał konia za kark, wtem... O cudo ?... Jasność okryła wszystkich, a w świetle tem ukazała się postać Matki Boskiej, tej z Dzieciątkiem na ręku w drugiej trzymała świece i odganiała nią wilków, które uciekły do lasu. Ksiądz został ocalony, a Matka Boża pobłogosławiła ich. Matka Boska nie opuściła swych sług w ostatniej potrzebie. Przez to ocaliła Hostię św.

Ksiądz przyjechał szczęśliwie i dawny niedowiarek znów powrócił na łono kościoła. Teraz kobieta jeszcze goręcej dziękowała Matce Gromnicznej, bo w tym wypadku znów zawdzięczała Jej pomoc

Teraz znów co roku śpieszy z gromnicą w ręku do kościoła.

30/01/2026

Momy dlo Wos niespodzianka! Fragmynt z programu TVP Katowice - Zajechał wóz do Leszczyn z 1988 roku. Dyrektor Golisz ratuje kadra Piechniczka w NRD, basyn, fontanna i nimfa 😉

SPOTKANIE OPŁATKOWE Z 1937 ROKUKtóż z nas nie celebruje tej wyjątkowej atmosfery Świąt Bożego Narodzenia? Wiele szkół, f...
27/01/2026

SPOTKANIE OPŁATKOWE Z 1937 ROKU

Któż z nas nie celebruje tej wyjątkowej atmosfery Świąt Bożego Narodzenia? Wiele szkół, firm i różnego rodzaju grup w tym czasie organizują swoje spotkania opłatkowe. Popatrzmy na tę chwilę zastygłą w pamiątkowej fotografii z Kamienia. Jest środa, 27 stycznia 1937 roku. Widzimy wnętrze sali gospody p. Papieroka, gdzie dzięki uprzejmości jej właściciela często odbywały się różne uroczystości szkolne. Mamy tu kamieńską młodzież – głównie członkinie koła Polskiego Czerwonego Krzyża, zgromadzone na tradycyjnym opłatku. To zaledwie niewielka część szkoły do której zapisanych było wówczas 288 uczniów. Na fotografii bardzo widoczny jest proporzec grupy PCK, umieszczony na przyokiennej półeczce.

Zebranie to efekt starań nauczycielki, p. Marii Jaworskiej – przewodniczącej i opiekunki tegoż prężnie działającego uczniowskiego zespołu. Widzimy jej wzrok, który kieruje się w stronę zimowego pejzażu Kamienia. Blask styczniowego słońca wdziera się z okna skierowanego w stronę dzisiejszej ul. Szewczyka. Oświetla m.in. samego kierownika szkoły p. Wiktora Jaworskiego, który „pod krawatem” często brał udział w szkolnych uroczystościach i uwieczniony został na licznych fotografiach klasowych. Zasłonięte okno (tuż za pięknie udekorowaną choinką) wychodzi na narożny wjazd do posesji obecnej firmy „Aldaro”. A przy choince, za nakrytym stołem, jedna z uczennic prezentuje do zdjęcia dzbanek z gorącą kawą zbożową. Na sali jest obecna Magdalena Grinerówna, lat 13, która na szczęście na odwrocie zdjęcia zapisała datę jego otrzymania (10.03.1937 r.) i to, że jako członkini szkolnego koła PCK, uczęszczała wówczas do tej samej klasy, co prezeska tej grupy. Kolejne informacje uzupełni nam „Kronika szkolna” w której czytamy: „Po przemówieniu prezeski koła [Heleny] Blachutówny, uczennicy kl. VII, spożywano kawę i bułki. W międzyczasie odegrały dzieci klas wyższych krótki obrazek sceniczny i odśpiewały szereg kolęd. Z kolei przystąpiono do rozlosowania zabawek przysłanych przez CK [czyt. Czerwony Krzyż] w Ameryce. Na zakończenie zostali wszyscy członkowie PCK obdarowani przyborami szkolnymi, a dzieci rodziców biednych – odzieżą.”

Moi drodzy! Opisujmy fotografie! Za jakieś 89 lat będą w stanie coś więcej powiedzieć o nas samych i zilustrować to, co działo się w Kamieniu.

D. Jądro

1946 – PIERWSZY TAKI NOWY ROKZ pełną odpowiedzialnością mogę stwierdzić: chińskie fajerwerki 1 stycznia 2026 r. królował...
06/01/2026

1946 – PIERWSZY TAKI NOWY ROK

Z pełną odpowiedzialnością mogę stwierdzić: chińskie fajerwerki 1 stycznia 2026 r. królowały na kamieńskim niebie. I tylko zasobność portfela decydowała o tym, jak bardzo kolorową fetą można było przywitać Nowy Rok. Kiedyś efekty akustyczne były łatwiejsze do uzyskania niż te wizualne, choć dziś już nikt nie strzela z „karbidu i biksy”, jak jeszcze w latach 80. XX w.
Ciekawiło mnie „za łebka”, jak w naszej miejscowości wyglądało przywitanie Nowego Roku w momencie przełomowym – w 1945 roku. W pamięci dziadka i jego brata temu przełomowi towarzyszyły raczej obawy, a nawet strach przed zbliżającą się Armią Czerwoną. W Kamieniu obowiązywało zaciemnienie (w obawie przed samolotami alianckimi, które czasami bombardowały fabrykę amunicji na Krywałdzie). W sklepach można było kupić specjalny czarny papier, który wkładano do okien, a wójt (niem. Bürgermeister) chodził po wsi i sprawdzał stosowanie się do tego obowiązku. Ludzie raczej 31 grudnia udawali się na Mszę dziękczynną, aby Bogu dziękować za cały szczęśliwie przeżyty rok.
Starsi jednak zgodnie przyznali, że przywitanie 1946 roku było zgoła inne. Po przejściu frontu ludzie mieli poukrywaną gdzieś część uzbrojenia porzuconego przez wojsko. Trochę tego walało się jeszcze po lasach. Mój wówczas szesnastoletni dziadek w dziupli trzymał rewolwer, z którego w lesie trenował strzelanie do puszek. Na Nowy Rok 1946 wystrzelał z niego „na wiwat” całą amunicję. Jedni strzelali z tzw. rakietnic (pistoletów sygnałowych), inni wykorzystywali proch z pocisków i ładunki z min przeciwpiechotnych. „Cały Kamień dudnił, jakby się wojna znowu zaczęła! Odgłosy frontu z 1945 roku nie były tu wtedy tak intensywne, jak przywitanie 1946 roku”.
Ale był to już czas nadchodzącej stabilizacji i posiadanie skądinąd nielegalnej broni stawało się niebezpieczne. Rewolwer nie wrócił już do dziupli, lecz wylądował w stawie na dzisiejszym MOSiR-ze – tam, gdzie kiedyś znajdowało się grodzisko.
I na koniec wypada nam życzyć, aby w tych też niespokojnych czasach przywitanie kolejnego Nowego Roku nie miało nic z atmosfery 1945 ani wspomnianego roku 1946.

NIEWIARYGODNE PRZYGODY BUDOWNICZYCH STAJENEKStajenki w kościele książenickim zajmowały kiedyś całe prezbiterium jak w Pa...
24/12/2025

NIEWIARYGODNE PRZYGODY BUDOWNICZYCH STAJENEK
Stajenki w kościele książenickim zajmowały kiedyś całe prezbiterium jak w Panewnikach. Tradycję tę wprowadził ksiądz wikary Władysław Student. Pomogoł mu Stanisław Palarz książenicki malarz. W 1973 roku odwiedził parafię biskup Bednorz. Pooglądoł z jakim rozmachem są przygotowywane dekoracje i padoł wikarymu: - Ty się tu marnujesz! I zrobił Studenta farorzem w Piekarach. Ludzie się przyzwyczaili do uroku takich wielkich stajenek, więc pan Palarz z ekipą cieśli kontynuowoł dzieło. Cieśle bez tydzień zbijali podest na stajenka, a na pozlepianych brystolach załatwianych tajnymi kanałami malowoł pan Stasiu sielankowe landszafty.

POLITYCZNE STAJENKI
Rewolucji w konwencji tych dekoracji dokonał nowy wikary – ksiądz Krystian Bujak. Na początek zmodyfikowoł konstrukcja. Bazą były drabiny wykorzystywane jako szalunki do pucowanio chałup. Można je było postawić w ciągu jednego dnia. Na wsi godali, że stajenki stały się polityczne. Ledwo skończył się stan wojenny, w październiku zginął ksiądz Popiełuszko, więc na wsi zaczęli podejrzewać, że wikary bydzie następny. – Kaj my tam robili polityczne stajenki, to były stajenki narodowe – Polskie – oburza się, dziś już emeryt, ksiądz Krystian Bujak. Pierwszo jego stajenka miała jako tło olbrzymi biało-czerwony zarys Polski. Nie były użyte tradycyjne figurki ale ta olbrzymio Matka Boża z ołtarza. Na jej rękach było zawieszone Dzieciątko, te z Trójcy Świętej na szczycie ołtarza. Halina Mandera do dziś pamięto jak się wystraszyła, kiedy zobaczyła wikarego, kiery zastąpił figurka Pana Jezusa i przenikliwym wzrokiem przez piętnoście minut patrzył na pracujących. Za Józefa robił górnik z bocznego ołtarza, ten klęczący. Książeniczanie się dopytywali, kaj je Józef. – Poszoł po mlyko – odpowiadoł ksiądz Krystian. W ołtarzu wisioł taki wielki świetlny napis „Gloria in excelsis Deo” – wspomina Ania Adamczyk – i to był piyrszy neon na wsi.

POMAGIERY
Już od 79 roku oazowicze z Książenic i Kamienia brali udział w przygotowywaniu dekoracji z okazji świąt kościelnych. Razem z księdzem Bartoszkiem przygotowywali jeden z ołtarzy na Boże Ciało, przy kościółku. Dekorowali prezbiterium na żniwne. Ksiądz proboszcz Ogaza lubił jak w kościele był ruch. Z zakrystii podsłuchiwoł i dogadywoł: - Dziołcho już je 40 lot po wojnie a ty jeszcze „forgot” godosz? Była tako moda, że na żniwne tabernakulum oplatało się gałęziami z winogronami. Roz po winogrona posłano chłopców na probostwo. Przynieśli wiązka chłabin. Na miejscu okazało się, że w środku tkwi dwumetrowy kabel z farskij anteny. Farorz nie padoł złego słowa. Oaza zaczła pomogać księdzu Bujakowi od 1985 roku. Zebrała się ekipa: stolorz - Franciszek Szymiczek, dekorator wystaw sklepowych - Joanna Kołodziejczyk, Roman Mandera, Marek Czarnecki – złote rączki i cało reszta bandy oazowej. Frankowi można było zrobić pobieżny szkic, a on już wiedzioł ile trza bydzie mieć listew i jakie, podczas gdy jego kuzyn Jurek Wistuba obracoł te kartki i się zastanawioł z kierej strony jest ta stajenka.

POSPADAŁY GŁOWY
Największym przedsięwzięciem nowej ekipy była ogromno szopka krakowsko z orzełkiem w koronie na szczycie. Takie to były czasy, że nawet orzeł w koronie mógł być odczytany jako prowokacja. Tak się jakoś złożyło, że ten orzeł sfurgnął i przed pasterką stolorz Franek na przytrzymywanej w lufcie drabinie przez księdza wikarego, musioł go przyczepić go na nowo. To była pechowo stajenka. Do jej konstrukcji były potrzebne solidne ramy. Było już po północy 22 grudnia, część pomagierów siedziała pod kachlokiem w salce, czekając na odwóz. Nagle z drzemki wyrwoł ich huk. Ktoś kopnął do tych ram i zleciały na umyte, przygotowane figurki. W jednej minucie główni bohaterowie potracili głowy. Trza to było sklejać, choć na drugi dzień szło się do roboty. Stajenki były robione wieczorami, ksiądz Ogaza zawsze posyłoł oazowiczom waszkorb chleba z leberwusztem. Do tego kapelonek przynosił wytłoczki po komunikantach i zachęcoł: - Jedzcie, na tym się fajnie świnie pasom. Kiedy ksiądz Ogaza był chory, zdarzyło się, że młodzi nie dostali kanapek. A że organizm potrzebuje jeść, toż się straciło w tajemniczych okolicznościach pół kartonu opłatków, takich do sprzedanio na wilijo. Wikary się wtedy piyrszy roz fechtnął. - Kiery to zeżar? - niosło sie po zakrystii. Odpowiedź nie była skomplikowano: wszyscy co mieli przerżnięte tymi opłatkami kątki. Na dodatek podczas zawieszania nowego tła do stajenki, chycił się stilon, od byrny pięćsetki. Nowo odmalowane prezbiterium zyskało ciepłe pomarańczowe smugi. To była ostatnio dekoracja z udziałem młodzieży oazowej w Książenicach.
Nowy farorz Stanisław Kołodziejczyk kozoł ją postawić w bocznym ołtarzu. Pomogoł mu brat, kiery był artystą plastykiem. Tymczasem w Kamieniu zainstalował się budowniczy kościoła i kamieńscy uczestnicy oazy zaczęli konstruować swoje stajenki w punkcie katechetycznym.

Joanna Kucharczak

Adres

Rybnik
44-213

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Kamień - Stein - Kamiyń mój dom umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skontaktuj Się Z Ta Organizacja

Wyślij wiadomość do Kamień - Stein - Kamiyń mój dom:

Udostępnij