Hain im Riesengebirge, czyli opowieści z dawnej Przesieki

Hain im Riesengebirge, czyli opowieści z dawnej Przesieki Historie, ciekawostki i często nieznane informacje związane z przedwojenną Przesieką.
(1)

Dziękuję najbardziej aktywnym osobom, które trafiły na moją tygodniową listę aktywności! 🎉 Mariusz Czerski, Gosia Budzyń...
28/04/2026

Dziękuję najbardziej aktywnym osobom, które trafiły na moją tygodniową listę aktywności! 🎉 Mariusz Czerski, Gosia Budzyńska, Artur Andrzejewski

(NIE)ZAPOMNIANY KASPER KARLENa tle budynku przesieckiej szkoły ubrany elegancko mężczyzna w prawej ręce trzyma jakieś na...
21/04/2026

(NIE)ZAPOMNIANY KASPER KARLE

Na tle budynku przesieckiej szkoły ubrany elegancko mężczyzna w prawej ręce trzyma jakieś naczynie, lewą wskazując na stojącą przed nim grubiutką świnię zwróconą w stronę przepełnionej miski z jedzeniem. Na świnię spogląda również stojąca obok dżentelmena kobieta z dłońmi spoczywającymi na barkach jasnowłosego dziecka. Obok nich wszystkich zaś widzimy szkolną tablicę opartą na drewnianej sztaludze. Na tablicy kredą napisano po niemiecku: „Unsere Zukunft hängt am Mistgabelstiel! Kasper. Hain/R.” Oznacza to: „Nasza przyszłość wisi na trzonku od wideł do obornika! Kasper, Przesieka”.

O co tu chodzi?

Zdjęcie, już po II wojnie światowej, otrzymał były mieszkaniec i nauczyciel z Hain/Przesieki, Robert Zander, od innego dawnego mieszkańca. Skłoniło go to do przypomnienia niezwykle barwnej postaci, którą był Karl Kasper, człowiek dziś zupełnie zapomniany.

Co ciekawe, anegdotę ze zdjęciem utrwalił przesiecki pisarz Hans Christoph Kaergel w swoim opowiadaniu „Peregrin Seidelmann”. Nie podaje nazwiska, ale pisze: „Pewnego dnia dobry nauczyciel z Hain postawił szkolną tablicę na podwórzu, zapędził pod nią najtłustszego wieprza i z niemałym wysiłkiem nauczył go na chwilę stać nieruchomo. Następnie wezwał fotografa z Giersdorfu”. W rzeczywistości fotografem był Alfred Exner, który miał zakład w ówczesnych Cieplicach. Słowa na tablicy w tymże utworze literackim brzmiały nieco inaczej: „Nasza przyszłość leży w świniach!” Tak czy inaczej, Kasper nawiązywał tutaj w kontrowersyjny sposób do słów cesarza Wilhelma II („Nasza [Niemiec] przyszłość leży na wodzie!”), wygłoszonych z okazji otwarcia portu w Szczecinie w 1898 roku. Poprzez tę inscenizację ze świnią, Kasper bronił tradycyjnej społeczności rolniczej, krytykując w ten sposób cesarza za jego marzenia o „wielkości, podbojach, krwi i żelazie”.

Kasper Karle, jak go we wsi nazywano, był przede wszystkim nauczycielem. W opowiadaniu Kaergla on i jego uczniowie określeni są jako „dziwni”, a „inspektor szkolny odkrył, że dzieci w tej górskiej wiosce były nad wyraz pobudzone. Udzielały szczerych odpowiedzi, rozmawiały o wszystkim, co pod słońcem i na świecie, i wiedziały więcej z gazet niźli ze wspaniałych opowieści z czytanek”.

Kasper do Przesieki przybył w 1890 roku, do starej szkoły nauczyciela Hermanna Kruschego, zwanej wtedy „Akademią” (pisałem o niej w osobnym artykule), a gdy 14 października 1902 roku otwarto nową ewangelicką szkołę, zaczął uczyć tamże.

Nowa szkoła powstała na terenie zwanym „Schwinghammers Lustgarten”, czyli w dawnych ogrodach dawnego właściciela wsi, Georga Andreasa Schwinghammera. Zander pisze: „Ponieważ Kasper był wielkim koneserem owoców, natychmiast przystąpił do zakładania wspaniałego ogrodu wokół nowego budynku szkoły, zgodnie z opracowanym przez siebie planem. Zawsze podziwialiśmy kunszt, z jakim dokonywał właściwego doboru odmian owoców, co nie było łatwe, ponieważ szkoła znajduje się prawie 600 metrów nad poziomem morza i tylko bardzo specyficzne, sprawdzone odmiany nadają się do uprawy na tej wysokości”.

Obok ogrodu Kasper miał też działkę, na której uprawiał warzywa. Zresztą, mieszkańcy Hain uważali, że Kasper minął się z powołaniem i bardziej niż na nauczyciela nadawał się na leśnika czy rolnika i hodowcę. Co ciekawe, przy wejściu do swojego ogrodu umieścił napis-ostrzeżenie:

„Tu rośnie chleb, kiedyś człowiek będzie się nim żywił. Wole, nie zadeptuj go swymi nogami!”

Przypominała ta przestroga inne spotykane gdzieniegdzie w górach, np. „Wstęp na łąkę dozwolony tylko bydłu!” (przy Spindlerbaude) lub „Drogi wędrowcze, pamiętaj: idź po ścieżce, a nie po trawie, aby łatwo i bez trudu odróżnić się od bydła” (przy Hampelbaude).

Gdy na początku XX wieku we wsi powstała stacja obserwacyjna Berlińskiego Instytutu Meteorologicznego, Kasper objął stanowisko obserwatora na część etatu i zarządzał stacją z wielkim zainteresowaniem i zapałem. Wiernie prowadził dziennik obserwacji, raportował je do centrali, a także zapisywał spostrzeżenia o charakterze ogólnym. W kronice szkolnej opisał szczegóły niszczycielskiej powodzi z 1897 roku. Eseje na temat doświadczeń meteorologicznych ukazały się nawet w czasopismach specjalistycznych. Zander wspomina, jak dzięki Kasperowi dowiedział się o ciekawym zjawisku pogodowym typowym dla Karkonoszy. Chodzi o groźny układ chmur zwany Moazagotl (od nazwiska jego odkrywcy, pasterza Gottlieba Matza). Pojawia się równolegle do długich grzbietów górskich, gdy wilgotne powietrze napływa i gromadzi się, przynosząc deszcz. Po drugiej stronie grzbietu powstaje wiatr fenowy, stąd szybownicy z Jeżowa wiedzieli, że Moazagotl zwiastował dobrą pogodę do latania.

Karl Kasper należał do Towarzystwa Karkonoskiego (RGV), znał śląskie góry, które przemierzał z bambusowym kijem i które sławił w różnych publikacjach. Kiedy na przełomie wieków Przesieka rozkwitła jako uzdrowisko, było to między innymi zasługą Kaspera.

Mimo, że Kasper należał do RGV, organizacji promującej rozwój turystyki, dostrzegał też zagrożenia z tego rozwoju wynikające. Pisał: „Naturę, przed którą nasi przodkowie kłaniali się jak przed kapłanką, degradujemy do roli służącej, nie – niewolnicy”. Utożsamiał się z ideałami popularnego pod koniec XIX w. ruchu zwanego „Heimatschutz” (czyli „ochrona ojczyzny”), który kładł nacisk na ochronę przyrody i krajobrazu, również cennego krajobrazu miejskiego, dziedzictwo kulturowe i tradycje, folklor i tożsamość regionalną. Postulował, by Towarzystwo Karkonoskie poprzez działania lokalne przyczyniało się do takiej właśnie ochrony.

Kasper był ponoć dobrym towarzyszem i dowcipnym rozmówcą, choć niekiedy dość drastycznym w swoich wypowiedziach. Ponoć nie przywiązywał wagi do swojego wyglądu, przez co czasem był niezrozumiany lub nie traktowany z należytą powagą.

To Karl Kasper napisał w 1894 roku specjalnie dla lokalnych mieszkańców sztukę teatralną „Eem Winde”. Wystawiano ją podczas przesieckich „wieczorów przędzalniczych”, ale też gościnnie w innych miejscowościach. W jednym z czasopism z 1900 r. znalazła się recenzja tejże jednoaktówki, w której czytamy, m.in.: „Wydana własnym nakładem autora. Cena 50 Pf. Na festyny klubowe, spotkania regionalne, a nawet dla teatru amatorskiego, autor oferuje nam tutaj małe dzieło, które zdecydowanie należy polecić. W tej prawdziwie czarującej sztuce typy i sytuacje chłopskie są przedstawione z rzadkim naturalizmem i bez najmniejszej nuty wulgarności. Postacie są żywo zarysowane, szczególnie efektowne są postacie kobiece. Dzieło było już wystawiane z wielkim sukcesem w Hirschbergu, Hermsdorfie u. K., Krummhübel, Görlitz i Forst i. L., a nawet zachwyciło Jej Królewską Wysokość Księżniczkę von Meiningen w cieplickim teatrze. Sztuka trwa 1,5 godziny. Po otrzymaniu kwoty 50 Pf. można ją nabyć bezpośrednio od autora, nauczyciela Kaspara w Hain w Karkonoszach”.

Jak pisze Zander, Karl Kasper był „prawdziwym Niemcem na wskroś”, a po zakończeniu I wojny światowej, „martwił się o dalsze istnienie swojej ojczyzny”. Wszystko, co związane z polityką, głęboko go poruszało. Był w tej kwestii pesymistą i ponoć przepowiadał, jakby z proroczą intuicją, upadek Cesarstwa, II wojnę światową i podział Niemiec.

Sam tego nie dożył. Jednego z pierwszych dni czerwca 1925 roku spoczął na podgórzyńskim cmentarzu. Po zakończeniu pracy w szkole w 1921 roku właśnie w Podgórzynie zamieszkał z żoną Elisabeth. Oszczędzone mu też było przeżywanie śmierci swojego jedynego syna. Pełnił on funkcję leśniczego powiatowego w górach wokół Bystrzycy Kłodzkiej, a pod koniec wojny pracował w administracji leśnej Generalnego Gubernatorstwa. Nie wrócił już stamtąd żywy do żony i czwórki dzieci.

Elisabeth Kasper wymieniona jest jeszcze w księdze adresowej Podgórzyna w roku 1927. Po II wojnie światowej została wysiedlona do strefy brytyjskiej i zmarła 30 czerwca 1951 roku w wieku 82 lat.

WOJENNI UCHODŹCY W PRZESIECENawiązując jeszcze do niedawnego artykułu na temat ostatnich dni II wojny światowej w Przesi...
18/03/2026

WOJENNI UCHODŹCY W PRZESIECE

Nawiązując jeszcze do niedawnego artykułu na temat ostatnich dni II wojny światowej w Przesiece i Karkonoszach, chciałbym pokazać pewien dokument z tego burzliwego okresu.

Jest to zaświadczenie wydane dla uchodźców z oblężonego Wrocławia, którzy na skutek szkód wojennych szukali schronienia w teoretycznie bezpieczniejszych zakątkach Rzeszy. W tym przypadku skierowane osoby znalazły się akurat w Hain/Przesiece.

Czego możemy się z tego dokumentu dowiedzieć? Otóż ,,ze względu na brak wymaganych dokumentów”, niejaka Gertrud Igel, urodzona dnia 27.11.1902 r., została dla bezpieczeństwa ewakuowana do Hain w Karkonoszach. Domem przyjmującym był ,,Nr.10 Fernblick”. Dom ten obecnie już nie istnieje – znajdował się przy ul. Brzozowe Wzgórze, pomiędzy obecnym nr 6 a nr 8.

Dalej czytamy, że ,,niniejsze zaświadczenie ważne jest także dla następujących osób:” Sigrid Igel (ur. 10.12.25), Heinz Igel (ur. 01.01.30) oraz Margot Igel (ur. 24.11.33). Wygląda na to, że chodzi o matkę z dziećmi. Na stronie obok widać jeszcze co najmniej jedną informację, mianowicie adres domowy: ,,Breslau, Lohestrasse 217(?)”. Chodzi o dzisiejszą ulicę Ślężną we Wrocławiu. Eugen Igel, kierowca, mieszkał pod nr 217 na tej ulicy pod koniec wojny.

Z dokumentu dowiadujemy się ponadto, że na ,,utrzymanie” wpłacono zaliczkę w wysokości 140 Reichsmark. Całość potwierdza pieczęć gminy Hain, data 7 lutego 1945 r. i podpis ówczesnego burmistrza, Roberta Frenzla.

Data oznacza, że rodzina z Wrocławia najprawdopodobniej już w tym czasie była w Przesiece. W grudniu 1944 r. ówczesny komendant wojskowy Wrocławia gen. Johannes Krause proponował ewakuację 200 tys. mieszkańców, matek, dzieci i starców, ale gauleiter Dolnego Śląska Karl Hanke odmówił.

,,[19 stycznia1945 r.] dla tysięcy wrocławian rozpoczęło się prawdziwe piekło. Jego bezpośrednią przyczyną nie były bomby sowietów, ale rozkaz niemieckich władz o bezwzględnym i natychmiastowym opuszczeniu miasta. We Wrocławiu przebywało wówczas ok. miliona osób. Z polecenia gauleitera rozpoczął się masowy exodus ludności. Dziesiątki tysięcy cywilów, wbrew sobie, często pod lufami karabinów, opuszczało swoje mieszkania. Ponieważ nieprzygotowane władze nie mogły zapewnić ludziom wystarczającej ilości pociągów, wrocławskie dworce zalał rozhisteryzowany tłum czekający na jakikolwiek pomoc. Tylko nielicznym udawało się znaleźć miejsce w wagonie. (…) 19 styczeń 1945 r. na zawsze zapisze się w historii miasta. Podobnie jak kolejne, jeszcze straszliwsze dni... Nazajutrz ludzie usłyszeli kolejny rozkaz: „Opuścić miasto na piechotę!”. Setki tysięcy nieprzygotowanych do długotrwałego marszu ludzi skierowało się na południowy zachód. Rzeka ludzi, w dochodzącym do – 20˚C mrozie, wylała się w kierunku podnóża Sudetów. (…) Pochody śmierci zebrały bogate żniwo. Dziesiątki tysięcy niewinnych ludzi zamarzło w drodze, a drogi na południe od Wrocławia stały się niemymi świadkami ich tragedii. Szacuje się, że w marszach śmierci zginęło ok. 90.000 osób.”

Czy ostatecznie dokument pomógł Gertrudzie Igel i jej dzieciom schronić się w Przesiece i przeżyć wojnę? Nie znalazłem odpowiedzi na to pytanie.

Dziękuję najbardziej aktywnym osobom, które trafiły na moją tygodniową listę aktywności! 🎉 Wojciech Prochera, Janusz Sar...
11/03/2026

Dziękuję najbardziej aktywnym osobom, które trafiły na moją tygodniową listę aktywności! 🎉 Wojciech Prochera, Janusz Sarnacki, Mariusz Czerski

DNI OSTATNIEW ostatnich fazach II wojny światowej, wraz z postępującą na zachód Armią Czerwoną i panicznym strachem prze...
05/03/2026

DNI OSTATNIE

W ostatnich fazach II wojny światowej, wraz z postępującą na zachód Armią Czerwoną i panicznym strachem przed jej żołnierzami, zaczyna się ucieczka Niemców jeszcze dalej na zachód, w głąb własnych ziem. Znacząco wzrasta ilość mieszkańców górskich wsi, a to dlatego, że w licznych pensjonatach mieszkają setki uchodźców, którzy zostali przymusowo wykwaterowani z zagrożonych miast. Nie brak też dobrowolnych uciekinierów szukających kryjówki w górach, które mają niejako być schronem przed bombardowaniami Śląska.

Jak zeznaje ówczesny pastor podgórzyński, dr Johannes Saß, ,,niezwykle uderzającym, a potem katastrofalnym, był fakt, że w każdym domu podłogi i pokoje wypełnione były walizami i skrzyniami przybyszów, którzy chcieli je w ten sposób tutaj przechować. Stały się one później łatwą zdobyczą dla najeźdźców”.

Bezpieczeństwo górskiego schronienia zostaje poważnie zagrożone w momencie przybycia Sowietów do podnóża Karkonoszy. Stąd, w lutym 1945 r. kierownik miejscowej komórki NSDAP, Hans Christoph Kaergel, pisarz i działacz nazistowski mieszkający w Hain, wydaje rozkaz opuszczenia górskich wsi. Na dzień 27 lutego wyznaczono datę całkowitego, bezkompromisowego opróżnienia wsi Giersdorf i Hain (Podgórzyn i Przesieka). Ewakuowani mają być w pierwszej kolejności uchodźcy, potem miejscowe kobiety, dzieci oraz niezdolni do pracy i niedołężni. Mają oni zostać przetransportowani specjalnymi pociągami do Kraju Sudeckiego.

„Zabierajcie tylko najpotrzebniejsze rzeczy!
Nie słuchajcie strachajłów, którzy opowiadają Wam, że znajdziecie się na ulicy. Tacy staną przed surowym sądem doraźnym, który nie będzie znać wyrozumiałości.
Macie tu wrócić. Wrócicie tu! Pewność zwycięstwa, którą podarował nam Führer w swojej ostatniej proklamacji, jest w Was.
Szczęśliwej podróży życzy Wam
Hans-Christoph Kaergel, Ortsgruppenleiter”.

Pastor Saß komentuje ironicznie: ,,Szczęśliwej podróży... po oblodzonej wiejskiej drodze... Bezpodstawna głupota czy cynizm graniczący z szaleństwem?”

Większość uchodźców poddaje się jednak rozkazowi, inaczej nie dostaliby racji żywieniowych. Miejscowa ludność przynajmniej tej ostatniej odezwie się nie poddaje. Zostaje na miejscu, unikając tym samym strasznego losu, czekającego na nich w Czechosłowacji, gdzie z zemsty dochodzi potem do wielu pogromów Niemców.

Proboszcz Saß również zostaje. Już po opuszczeniu Karkonoszy, w kwietniu 1951 roku składa 6-stronicową relację dla Komisji Kościołów Wschodnich, sporządzoną na podstawie dyrektywy Kancelarii Kościoła Ewangelickiego w Niemczech.

[Moje tłumaczenie sprawozdania pojawiło się dawno temu na forum strony www.przesieka.pl, ale postanowiłem je zamieścić tutaj jeszcze raz, z komentarzami i szerszym kontekstem.]

Zbiory tego typu dokumentów obejmują lata 1945-1952, a więc czas odbudowy struktur niemieckiego kościoła po upadku III Rzeszy.

Najprawdopodobniej doktor Saß musi złożyć takie zeznanie, by wyjaśnić swoją działalność w czasach nazistowskich. Po wojnie, niejaki „Dr Johannes Saß” pojawia się w dokumentach jako proboszcz wspólnoty ewangelickiej przy kościele w dolnosaksońskim Pöhlde (w latach 1950-1960). Zdaje się, że jest to ta sama osoba.

W każdym razie, dzięki pastorowi Saßowi wiemy ze szczegółami, jak wyglądała sytuacja w momencie wkroczenia czerwonoarmistów do Podgórzyna i okolic. Oddajmy mu głos:

,,W marcu i kwietniu 1945 r. front znacznie się przybliżył. Codziennie do wioski przybywały tabuny uciekinierów z ogarniętych walką terenów. Horror ostatnich dni można było wyczytać z ich twarzy. Głodni i zmęczeni, szukali po drodze zakwaterowania dla siebie i swego żałosnego dobytku.

Pomocy szukali także ranni żołnierze, których Rosjanie nie pojmali, lecz teraz ścigali.

W tamtych dniach pastorówka stała się azylem dla uchodźców. Nasze pokoje cały czas zajmowali nocujący goście, którzy otrzymywali nie tylko schronienie, ale także wyżywienie. Wszyscy byli wdzięczni za otrzymaną w pastorówce pomoc i poradę.

Na początku maja 1945 r. Rosjanie oddaleni byli od stolicy okręgu, Jeleniej Góry, o jedynie 10 km. Huk dział słychać było w dzień i w nocy. W tamtej chwili ogromnego zagrożenia spakowaliśmy najcenniejsze rzeczy, ubrania, bieliznę, naczynia i tym podobne rzeczy, wszystko, co było niezbędne. Schowaliśmy to wszystko w pustym murowanym grobowcu na przylegającym do kościoła cmentarzu. (Do grobowca później wdarli się pewnej wrześniowej nocy Rosjanie i wszystko zagrabili.) Inni mieszkańcy wsi najcenniejsze rzeczy zakopali na swoich działkach lub zamurowali w piwnicach. Stacjonujące w domu SS cały czas prosiło nas, byśmy uciekali, przewidując dla mnie jako pastora złowrogi koniec, gdy przyjdą Rosjanie. Mimo tego, nie przestraszyłem się i byłem skłonny przyjąć to, co zgotuje mi Bóg.

Jednym z ostatnich ponurych obrazów tamtych dni był przemarsz silnie strzeżonych żydowskich więźniów obozu koncentracyjnego, przechodzących obok naszej pastorówki w kierunku zachodnim, milczący orszak rozpaczy. Na niektórych wozach ciągniętych za liny przez tuzin więźniów, siedzieli bezbronni starcy, chorzy i małe dzieci. Za nimi szli inni, wlokąc za sobą toboły, większość bosa i wyniszczona. Nikomu z miejscowych nie wolno było zamienić z nimi ani słowa, ani dać choćby łyka świeżej wody.

Przedostatniej nocy wojny przez naszą wieś przeszły większe jednostki policji. Oni też byli umęczeni długim marszem. Na twarzach mieli wypisaną desperację, a mieli jeszcze do przejścia 20 km do czeskiej granicy w Szklarskiej Porębie. Raczej nie dane im było przeżyć krwawej jatki zgotowanej w Czechach.

Następnej nocy, na ucieczkę autobusami zdecydowało się stacjonujące w naszym domu SS, nie informując nas o tym.

Tak więc zaczął się ostatni dzień wojny (8 maja 1945 r.). Na wsi zapanowała obezwładniająca cisza. Nazajutrz przez radio ogłoszono zawieszenie broni. Do tej chwili w Karkonosze nie dotarł żaden wrogi żołnierz. Z wielkim napięciem oczekiwaliśmy przybycia Rosjan.

Do wsi wkroczyli po południu 9 maja. We wszystkich domach wywieszono białe flagi. Miejscowi byli całkowicie zdyscyplinowani, ze strony niemieckiej nie padł żaden strzał, który mógłby sprowokować jakiekolwiek gwałtowne działania. Żołnierze rosyjscy, w większości piętnasto-, szesnastoletnie młokosy, uzbrojeni w karabiny maszynowe, jechali na rowerach prowadząc kolumnę wroga. Byli pijani, tak jak i idące za nimi oddziały, rozbijali się na rowerach i panoszyli się po całej wsi. Przed godziną 14:00 pierwsi Rosjanie weszli do pastorówki. Stałem w holu przy telefonie. Jakiś Rosjanin wyrwał mi natychmiast słuchawkę z ręki, sprawnie odkręcił membranę, przez co aparat nie nadawał się już do użytku.

Największy problem przy wszelkich spotkaniach z Rosjanami stanowiło wzajemne zrozumienie się. Jako, że nikt z nas rosyjskiego nie znał, na wszystkie pytania mogliśmy odpowiadać tylko wzruszeniem ramion. Jedynie sporadycznie rosyjscy oficerowie, zapewne żydowskiego pochodzenia, znali język niemiecki.

Niestety, ewangelickie Konsystorium, które uciekło z Wrocławia do Görlitz i tam się zdezorganizowało, nie udzieliło żadnych wskazówek co do tego, jak powinien się zachować pastor. Na pytanie o zawód nie potrafiliśmy odpowiedzieć po rosyjsku, stąd nie mogliśmy też zawiesić na pastorówce żadnego szyldu w tym języku. Oszczędziłoby to nam wielu nieporozumień.

Po pierwszym rosyjskim żołnierzu, który przyszedł do naszego domu, przychodzili kolejni. Zawsze żądali zegarka albo „maszyny”, przez co rozumieli rower. W krótkim czasie zdobyli w naszym domu cztery zegarki i trzy rowery. Jako, że przeszukiwali każdy pokój, trudno stwierdzić, ile sobie przywłaszczyli. W każdym razie, tego wieczora zginął również mój portfel trzymany w nocnej szafce, w którym było kilkaset marek. Jako, że moja żona i córka zamknęły się w pokoju, zostałem sam z uciążliwym zadaniem podejmowania zagranicznych gości. Poczęstowałem ich kilkoma butelkami wina, które mi zostały, a także tytoniem.

Chwilami w pokoju przesiadywało dwudziestu palących, pijących i wrzeszczących mężczyzn. Jako, że zapas alkoholu uległ wyczerpaniu, sami przynieśli sobie flaszki wódki, zawartość których opróżniali szklankami.

Co rusz sami żołnierze kłócili się ze sobą i bili. Niektórzy oficerowie przychodzili do pastorówki z tzw. „flint-babami”, nie siadali jednak z resztą kompanii, lecz szli do osobnego pokoju. [Mój komentarz: Flintenweib (kobieta z flintą czy strzelbą) to pogardliwe niemieckie określenie kobiet służących w Armii Czerwonej w czasie II w.ś.]

Jako, że nie mogłem im wytłumaczyć, że jestem pastorem, myśleli, że jestem zwykłym właścicielem domu i nazywali mnie groźnym dla rosyjskiego ucha słowem „kapitalista”. Dopiero pod wieczór ta wielka zgraja opuściła mnie, nie czyniąc już więcej żadnych aktów przemocy wobec mnie. W innych domach świętowanie tego pierwszego dnia rosyjskiego zwycięstwa nie przebiegło już tak nieszkodliwie.

W Przesiece pewien emerytowany urzędnik został zastrzelony przez młodego Rosjanina, bo nie chciał oddać swojego złotego zegarka. [Mój komentarz: Był to Paul Lange, były dyrektor biura komitetu okręgowego, którego zastrzelono 9 maja 1945 r. w jego własnym mieszkaniu w budynku 150, dziś Droga Turystyczna 9 (kiedyś ośrodek Sztygar). Pastor tego nie wspomina, ale wraz z Paulem Lange zastrzelono w tym samym dniu przy tym samym domu również 67-letnią wdowę Emmę Baumert.]

Dopiero jednak robiło się strasznie, gdy zapadała ciemność. Jako, że elektryczność szwankowała już od tygodni, a w żaden inny sposób nie można było zapewnić oświetlenia, wieś pogrążona była w ciemnościach. Zwłaszcza w nocy zaczynały się prześladowania kobiet i dziewcząt. Trudno oszacować liczbę zgwałconych przez Rosjan kobiet, ale mogła być ona wysoka. Do późna w nocy słychać było rozdzierające wołania o pomoc gwałconych kobiet, którym nie można było przyjść z pomocą. Okropieństwom tym sprzyjał nakaz, wedle którego domostwa miały być otwarte dzień i noc. Przerażeni mieszkańcy rzadko więc w ogóle wychodzili na ulicę.

Kilka dni po najeździe Rosjan pojawiły się rozkazy, by oddać wszelkie pozostawione w domach bagaże uchodźców, a także samochody, motocykle, rowery, broń, maszyny do pisania oraz radioodbiorniki. Niezastosowanie się do tych rozporządzeń groziło poważnymi karami. Od tej pory byliśmy odcięci od wszelkich informacji ze świata, żyjąc jedynie krążącymi wokół pogłoskami.

Zachowanie Rosjan wszędzie powodowało strach i przerażenie. Raz po raz można było jednak odnaleźć w nich dobre cechy, zwłaszcza, gdy wyjątkowo byli trzeźwi. W stosunku do dzieci zawsze byli przyjaźni, brali je na ręce i głaskali. Błagania głodujących kobiet też znajdowały u nich posłuch. Ze współczuciem rzucali im kawałek mięsa ze szlachtowanego masowo bydła.

Do życia kościelnego Rosjanie się nie mieszali. Bez przeszkód prowadziliśmy nabożeństwa, na które przychodziło teraz więcej ludzi niż kiedykolwiek. Na pierwszej mszy po zajęciu wsi pojawiło się kilku rosyjskich oficerów, wysłanych zapewne na przeszpiegi. Zachowywali się jednak zupełnie spokojnie.

Pewnego ranka przyszło do mnie trzech oficerów, z których jeden znał niemiecki i poprosił, bym poszedł za nimi do kościoła. Poprosili, bym zagrał coś im na organach, co z przyjemnością uczyniłem. Podziękowali i pożegnali się uściskiem dłoni. Mimo tego, Rosjanie w swoim zachowaniu byli zawsze nieprzewidywalni".

Tu kończy się relacja pastora.

Wtedy też kończy się II wojna światowa, a po ustaleniach Konferencji w Poczdamie (lipiec-sierpień 1945 r.) i zmianach granic staje się jasne, że ludność niemiecka musi zostać wysiedlona (ewakuowana, przesiedlona, czy ,,wypędzona”, jak do dziś mówią o tej operacji Niemcy).

,,W maju 1945 r. Dolny Śląsk oficjalnie objęła polska administracja, która rozpoczęła swoje działania od przejmowania władzy w regionie z rąk administracji radzieckiej. Pomimo ustaleń, które zapadły na najwyższym szczeblu, (...), proces skupiania władzy w rękach polskich nie przebiegał bez problemów”.

Najważniejsza była organizacja osiedleń napływających Polaków i wysiedleń miejscowych Niemców. Jak pisze Anna Sybilla Bidwell, z Księgi Bierczej z kwietnia 1946 r. wynika, że w 1945 w Matejkowicach/Przesiece osiedliło się 48 osób, zapewne w niektórych przypadkach z rodzinami. Ponieważ w dokumencie tym odnotowywano daty zamieszkania, więc wiemy, że zdaniem samych ówczesnych mieszkańców najwcześniejsze zasiedlenie nastąpiło już w kwietniu 1945 roku.

Bidwell dokładnie opisuje ówczesne ruchy ludnościowe w Przesiece na swojej stronie (przesiekahistoriapo1945.wordpress.com). Sądząc ze wspomnień, a także niektórych dokumentów, dotychczasowi niemieccy mieszkańcy Hain przez pewien czas dzielili gospodarstwa z nowymi polskimi właścicielami. Ostatni autochtoni wyjechali z końcem roku 1947. Przez lata, wielu Niemców nie mogło pogodzić się z utratą Heimatu, swojej małej ojczyzny. Temat ten zasługuje na osobny artykuł.

Polska historyk, Bernadetta Nitschke, stwierdza: „Wielu pośrednich i bezpośrednich uczestników tych wydarzeń do dnia dzisiejszego nie chce widzieć szerszego tła historycznego, przeżywając cały czas swoją krzywdę”.

Pewne jest tylko to, że w tamtym momencie zakończyła się kilkusetletnia historia Hain, a zaczęła nowa historia Przesieki.

DROGA, KTÓREJ NIE MAPrzełęcz Karkonoska (1198 m n.p.m.) jest wyraźnym obniżeniem głównego grzbietu Karkonoszy, pomiędzy ...
22/01/2026

DROGA, KTÓREJ NIE MA

Przełęcz Karkonoska (1198 m n.p.m.) jest wyraźnym obniżeniem głównego grzbietu Karkonoszy, pomiędzy Małym Szyszakiem a Śląskimi Kamieniami. Od niepamiętnych czasów stanowiła granicę państwową, a to między Śląskiem a Czechami, a to Prusami a Austrią, w końcu zaś między Polską a Czechami. Z powodu swojej względnej dostępności, od wieków stanowiła też dogodne przejście przez góry i zarazem szlak handlowy. Czesi nazywają przełęcz „Śląską” (Slezské sedlo), Niemcy zaś „Przełęczą Spindlera” (Spindlerpaß), od nazwiska Franza Spindlera, który przebudował w 1824 r. stojącą tu od XVIII w. oryginalną „budę” (dzisiejsza Špindlerova bouda). Co ciekawe, po II wojnie światowej, Polacy przez jakiś czas nazywali to miejsce właśnie Przełęczą Szpindlerowską. Od strony czeskiej na samą przełęcz wiedzie asfaltowa droga, po której kursują nawet autobusy. Dlaczego od „naszej” strony nie? O tym dzisiejsza opowieść.

Pomysły wygodnego połączenia obu stron Karkonoszy przez Przełęcz Karkonoską, czy to drogą samochodową, tramwajem, kolejką linową, czy nawet pociągiem (o czym pisałem w osobnym artykule), powstały już w XIX w.

W czasopiśmie „Der Wanderer im Riesengebirge” z 1904 r. możemy przeczytać, że „coś, co rozważano przez ponad 30 lat, prawdopodobnie zostanie faktycznie zrealizowane w niedalekiej przyszłości: budowa drogi górskiej z Agnetendorf (Hain) [Jagniątkowa/Przesieki] do Spindelmühle [Szpindlerowego Młyna], przecinającej grzbiet Karkonoszy pośrodku, umożliwiającej bliższe połączenie między Hirschbergiem [Jelenią Górą] a Hohenelbe [Vrchlabí], [a] zalety takiej dobrze położonej szosy są nie tylko naturalne, ale wręcz oczywiste. Do pokonania jest tylko różnica wysokości 422 m, trasa ma tylko 10 700 m, a nachylenie wynosi 7%. (…) Taka szosa zapewni właściwe połączenie i zbliży do siebie tych, którzy mieszkają w sercu tych gór.
W 1906 r. „Komisja Prowincjonalna przyznała powiatowi Hirschberg niezbędne dotacje na rozbudowę drogi z Agnetendorf do Spindlerbaude, z odgałęzieniem do Hain, a także drogi z Hermsdorf [Jarkowic] i drogi z Ausgespann bei Schmiedeberg [Rozdroża Kowarskiego] do Grenzbauden [Pomezní Boudy], zatwierdzonych jako drogi drugiej kategorii”.

W roku 1912 „Der Wanderer” donosi: „Teraz góry mają stać się jeszcze bardziej «otwarte». Stary projekt szosy przez Przełęcz powraca i czytamy, że nawet nasz Cesarz wykazuje duże zainteresowanie tymże planem. Na pewno kiedyś dojdzie do jego realizacji”.

W roku 1914 rozpoczyna się budowa od strony austriackiej (czeskiej) i w ciągu dziewięciu lat, kosztem 736.000 koron, szosa połączy Przełęcz ze Szpindlerowym Młynem. Ten odcinek wykorzystywany jest do dzisiaj.

W roku 1930 czytamy: „Ponieważ plan budowy kolejki linowej na Przełęcz jest mało prawdopodobny do zrealizowania w najbliższym czasie, powrócił stary plan budowy drogi jezdnej. Plan ten jest szczególnie popierany przez Jeleniogórską Izbę Przemysłowo-Handlową. Negocjacje między ówczesnymi rządami Austrii i Niemiec trwały ponad 25 lat i doprowadziły w pewnym zakresie do porozumienia. Plan zakładał budowę drogi na Przełęcz zarówno od strony niemieckiej, jak i czeskiej. Po stronie niemieckiej budowę miał przeprowadzić powiat jeleniogórski przy wsparciu państwa. Rada powiatu odrzuciła jednak zatwierdzenie środków na wstępne prace budowlane większością jednego głosu. Po stronie czeskiej, po wojnie, zbudowano piękną drogę jezdną na Przełęcz ze Szpindlerowego Młyna. W epoce rosnącego ruchu samochodowego taka szosa po stronie niemieckiej miałaby naturalnie duże znaczenie, zwłaszcza że nadal nie ma tu drogi prowadzącej w wysokie góry. Jeleniogórska Izba Handlowa omawiała plan ponownie na ostatnim posiedzeniu. Prezes okręgu dr Poeschel (Legnica) oraz starosta dr Schmeißer byli również zainteresowani budową drogi. Mamy nadzieję, że późną jesienią, kiedy nowy Reichstag będzie musiał podjąć decyzję w sprawie tzw. pomocy dla Wschodu, uzyskamy środki na budowę poprzez rozszerzenie prawa na cały Śląsk”.

W latach 30-tych XX w. zaczęto realizować koncepcję tzw. Drogi Sudeckiej (Sudetenstraße), która w zamyśle miała spiąć całe Sudety, od Żytawy po Opawę. Inspiracją była Deutsche Alpenstraße przecinająca Alpy. Planu nigdy nie ukończono – powstały tylko dwa odcinki, między Świeradowem Zdrój a Szklarską Porębą (1935-1937) oraz między przełęczą Polskie Wrota a Międzylesiem w Kotlinie Kłodzkiej (1931-1938).

Tutaj należy się wyjaśnienie. Droga biegnąca w okolicy Borowic i Przesieki, mimo takiej dzisiejszej oficjalnej nazwy, nie jest Drogą Sudecką. Niektórzy powojenni autorzy próbowali bezpodstawnie połączyć oba projekty, na dodatek dodając im militarnego, a co za tym idzie, tajemniczego charakteru. T. Rzeczycki pisze: „Wiadomo tylko, że od pierwszych lat po drugiej wojnie światowej Droga Borowicka była potocznie nazywana Drogą Sudecką. Ale przecież fakt stosowania przez Polaków takiej, a nie innej nazwy na określenie tej szosy nie jest żadnym argumentem rozstrzygającym o jej planowanym przeznaczeniu ani o zamiarach projektantów”.

Oba projekty miały mieć znaczenie krajoznawcze oraz praktyczne, scalając odleglejsze zakątki gór, ułatwiając życie mieszkańcom i coraz liczniejszym turystom. Wróćmy do „naszej” Spindlerpaßstraße, nazywanej tak po obu stronach granicy, której budowy wciąż nie można było zacząć.

Na posiedzeniu Głównego Biura Ruchu Drogowego w Karkonoszach i Górach Izerskich, które odbyło się 5 kwietnia 1932 r., analizowano wady i zalety przedsięwzięcia. „Der Wanderer” relacjonuje:

„Przedstawiciel Karpacza był zdania, że droga odwróci ruch z Kotliny Jeleniogórskiej i skieruje go na stronę czeską, co byłoby niezwykle szkodliwe dla naszej gospodarki. Dzięki połączeniu drogowemu, wielu odwiedzających Karkonosze starałoby się dostać jak najdalej od głównego grzbietu na stronę czeską, ze szkodą dla biedujących hoteli i pensjonatów w ośrodkach górskich. Z drugiej strony, inni postrzegali cały plan jako ogromny postęp w transporcie, który przyniósłby korzyści całej ludności w naszym regionie, przede wszystkim po stronie niemieckiej. Każdy ewentualny ruch „tam” byłby więcej niż zrekompensowany przez ogólny wzrost sprzedaży. (…)
Delegacja ze Szklarskiej Poręby przyznała, że również miała zastrzeżenia co do drogi na Przełęcz, ale uważała za bezowocne sprzeciwianie się naturalnemu i nieuniknionemu biegowi zdarzeń. Gdy tylko powstaną lepsze połączenia z grzbietem Karkonoszy, będzie przybywać gości, a to również przyniesie korzyści górskim kurortom. Dla Szklarskiej Poręby połączenie z drogą na Przełęcz było absolutnie niezbędne. Przedstawiciel Jeleniej Góry był zdania, że goście, którzy obecnie gnieżdżą się w górskich schroniskach, doceniliby wygodę pobytu w Kotlinie, gdyby tylko mogli w dowolnym momencie szybko dotrzeć na grzbiet. Podobnie, gdyby w górach szalała niepogoda, goście schronisk z pewnością chętnie zjechaliby do Cieplic i Jeleniej Góry oraz innych miasteczek w Kotlinie. Droga stworzyłaby nowe możliwości organizacji wycieczek po Karkonoszach, przywracając życie wszystkim ośrodkom. Przedstawiciel z Bolkowa również wyraził podobne odczucia, chociaż, opierając się na doświadczeniach z Gór Kamiennych, przyznał, że istnieje obawa wzmożonego ruchu turystycznego na stronę czeską.
Jeleniogórska Izba Handlowa jest bardzo pozytywnie nastawiona do pomysłu budowy drogi na Przełęcz, której domaga się od lat. Aby dotrzeć na Przełęcz, wielu niemieckich zmotoryzowanych poświęca obecnie niemal cały dzień na niewygodną podróż przez Czechy, po czasami kiepskich drogach. Po wybudowaniu szosy na Przełęcz, dotarcie na grzbiet zajmie tylko chwilę”.

„Po szczegółowej dyskusji”, zdecydowana większość opowiedziała się za projektem budowy Spindlerpaßstraße. W tej większości nie było wtedy zapewne władz Niemieckiej Kolei Rzeszy, które miały własne plany co do zagospodarowania tej części Karkonoszy. Pisałem o tym w artykule „Pociągiem do Przesieki”. Początkowe opory co do budowy drogi wyrażały też władze wojskowe, widząc w tym przedsięwzięciu zagrożenie dla obronności państwa.

Na początku roku 1933 ogłoszono: „Budowa drogi na Przełęcz ma rozpocząć się wiosną. Jak poinformowano w Jeleniogórskiej Izbie Przemysłowo-Handlowej, minister transportu Rzeszy ostatecznie zdecydował, że Hirschberger Talbahn A.G. może obsługiwać linię autobusową na planowanej drodze z Podgórzyna Górnego na Przełęcz Karkonoską. Teraz, gdy sama budowa drogi została zatwierdzona, nie ma już przeszkód w realizacji tego planu. Budowa szosy, która zostanie sfinansowana w całości ze środków prywatnych, rozpocznie się wiosną. Oczekuje się, że jej budowa potrwa półtora roku i zatrudni od 400 do 500 pracowników, co oczywiście będzie stanowić zauważalną ulgę na rynku pracy w Kotlinie Jeleniogórskiej”.

Po zajęciu Czechosłowacji w 1938 r. obawy o zagrożenie militarne zniknęły, więc dokończenie budowy nabrało ponownie sensu.

Pierwszy numer „Der Wanderera” z roku 1938 dumnie donosi: „18 grudnia 1937 r. pierwszy odcinek Spindlerpaßstraße z Podgórzyna Górnego do Borowic został otwarty dla ruchu przez starostę dra Schmige. Jednocześnie, Hirschberger Talbahn otworzył pierwszy odcinek linii autobusowej Ober Giersdorf-Baberhäuser. Podczas uroczystości zorganizowanej z tej okazji w gospodzie Baberkretscham [dziś OW Skalnik w Borowicach], dyrektor Dauster podkreślił niezwykłe znaczenie drogi, stwierdzając:
«Przedsiębiorstwo Hirschberger Talbahn z zadowoleniem wita dzień, w którym jego plany rozwoju Przełęczy Karkonoskiej, realizowane od 25 lat, a mianowicie od 1912 r., zaczynają stawać się rzeczywistością. Firma wielokrotnie była bliska zrealizowania swoich planów, które najpierw przewidywały tramwaj z przedłużeniem w postaci kolejki linowej, następnie kolej zębatą, a na końcu trasę samochodową na własnej drodze. Za każdym razem plany te były w ostatniej chwili udaremniane przez niefortunne zdarzenia. Teraz należy mieć nadzieję, iż w związku z budowaną z rozmachem drogą na Przełęcz, poprzez trasę automobilową, nastąpi rozwój ruchu drogowego, który będzie miał kluczowe znaczenie dla Kotliny, a nawet dla całych Karkonoszy. Niech kursy autobusowe naszego przedsiębiorstwa, które po raz pierwszy rozpoczną regularną obsługę i mam nadzieję dotrą jesienią przyszłego roku aż do Nässe [nienazwane dziś miejsce przy Drodze na Dwa Mosty u stóp Suchej Góry], a jesienią kolejnego roku aż na samą Przełęcz, będą pomyślne dla Was i podróżnych! Niech przed tysiącem turystów, którzy tęsknią za malowniczością naszych gór, a do których nie mogą już dotrzeć pieszo, otworzą możność orzeźwienia i odrodzenia w czystym górskim powietrzu, które to młodsi i sprawniejsi znajdują w obfitości w wędrowaniu i sporcie, zwłaszcza zimą. Niech ułatwią również sportowcom żmudne podejścia, wciąganie w górę sanek i noszenie nart, a zwłaszcza umożliwią mieszkańcom miast, którzy mają mało czasu i potrzebują wytchnienia, częstsze uprawianie sportów zimowych na świeżym, słonecznym, górskim powietrzu. Co ciekawe, firma Hirschberger Talbahn podjęła już pierwsze kroki mające na celu utworzenie szybkiego połączenia kolejowego z głównego dworca w Jeleniej Górze, najpierw do Borowic, a później na samą Przełęcz»”.

Otwarcie tego „pierwszego odcinka” oznaczało wyasfaltowanie i modernizację starej drogi wzdłuż rzeki Kaczy z Podgórzyna (od „Skałki”) do Borowic, zbudowanej przez nadleśnictwo Hrabiów Schaffgotschów w latach 1902-1904.

17 czerwca 1939 r. otwarto prowizoryczną trasę „dla samochodów osobowych i lekkich autobusów” spod Saftquetsche, czyli dzisiejszego OW Chybotek w Przesiece, aż na Przełęcz Karkonoską. Dziś jest to część niebieskiego szlaku turystycznego.

W ówczesnej prasie czytamy: „Droga ta została zbudowana z inicjatywy inspektora generalnego dra [Fritza] Todta w celu stworzenia tymczasowego połączenia między Śląskiem a Krajem Sudetów poprzez przełęcz Spindlerpaß, w trakcie budowy Spindlerpaßstraße. Droga jest 4-metrowej szerokości i obejmuje długie strome odcinki o nachyleniu do 19 procent, dlatego jeździć nią winno się z należytą ostrożnością. Pojazdy jadące pod górę mają pierwszeństwo przejazdu. Zapewniono tymczasowe miejsca do wyprzedzania w naturalnych lokalizacjach. Dodatkowe mijanki zostaną utworzone w razie potrzeby tak szybko, jak to możliwe”.

W 1941 r. droga ta była dostępna dla samochodów na całej długości (15,5 km) z Przesieki do Szpindlerowego Młyna.

Od 11 sierpnia 1939 r. istniało na tejże prowizorycznej drodze stałe połączenie między Jelenią Góra, Przesieką, a Przełęczą. Było ono możliwe za pośrednictwem dziewięcioosobowego pojazdu gąsienicowego obsługiwanego przez Pocztę Rzeszy we współpracy z Hirschberger Talbahn. Kursy skomunikowane były z regularnymi tramwajami i autobusami publicznymi. Kurs z Przesieki zaczynał się przy remizie strażackiej, a pojazdem kierował miejscowy, Paul Maiwald z domu nr 35. Sześciokilometrowa, stroma trasa pokonywana była w ciągu 30 minut, tam i z powrotem.

T. Przerwa pisze: „Tempo [prac] było umiarkowane i do połowy 1939 r. ukończono jedynie pierwszy 3-kilometrowy odcinek. Pogłębiający się w Niemczech deficyt pracowników sprawił, że już wiosną 1939 r. rozważano sprowadzenie 500 robotników z tzw. Kraju Sudeckiego, który obejmował m.in. czeską stronę Karkonoszy. W międzyczasie zmodyfikowano plany i przesunięto górny odcinek szosy w stronę sąsiadującej z Przełęczą Karkonoską (1198 m n.p.m.) przełęczy Dołek (Mädelwiese, 1178 m n.p.m.). Dalsze prace postanowiono podzielić na trzy etapy, z czego pierwszy obejmował budowę dwóch 2-kilometrowych odcinków: w rejonie Mokradła (Nässe) w pobliżu Przesieki (Hain) oraz Dołka (od strony Szpindlerowego Młyna). Warto wspomnieć, że w pierwotnym kosztorysie drugiego etapu prac wynagrodzenia robotników stanowiły 68,5% zakładanych kosztów, co sugeruje raczej skromne wykorzystanie maszyn. Z niedatowanych zestawień wynika, że planowano zatrudnić w sumie 406 robotników, nadto wykorzystać 3 ubijaki i transport szynowy (3 km szyn, 4 lokomotywy i 40 lor). Większość materiałów budowlanych — prócz cementu i wapna — zamierzano pozyskiwać w rejonie placu budowy, co również tłumaczy wysoki udział płac w ogólnym kosztorysie. Dolny odcinek powierzono do realizacji firmie Heinrich Plüschke z Legnicy (Liegnitz), a górny — spółce Chemische Werke AG z Brzegu (Brieg), która odpowiadała również za poprowadzenie kilometrowego łącznika w stronę czeskiej szosy (czwarty etap prac). O ile w kontekście dolnego odcinka pisano pod koniec stycznia 1940 r., że prace przy nim jeszcze się nie rozpoczęły, o tyle przy górnym, mimo pory zimowej, miało pracować 55 robotników”.

Początkowo prace wykonywała firma budowlana Heinricha Plüschkego z Legnicy, specjalizująca się w budowie dróg, pracach ziemnych i betoniarstwie. Przy drodze zbudowano obóz dla pracowników cywilnych, zwany Waldlager. W trakcie wojny obóz przekształcono w obóz jeniecki, Kommando Stalag VIIIA Waldlager, a ciężkie prace wykonywali jeńcy z kilku krajów, po których smutną pamiątką jest cmentarz wojenny przy szosie.

To jednak temat na inną opowieść.

Wracając do samej drogi, jak pisze dalej Przerwa, uparcie dążono do zakończenia projektu. W lipcu 1941 roku zwołano we Wrocławiu naradę, „na której stwierdzono, że prace przy drugim odcinku dobiegają końca, stąd można było planować rozpoczęcie trzeciego, zamykającego całość, etapu budowy. Przedstawiciel Wehrmachtu kpt. Rehfeld miał wyrazić przy tej okazji zdanie, że jego zwierzchnik jest zainteresowany otwarciem nowego karkonoskiego połączenia. Ocena wojska miała w tym czasie kluczowe znaczenie, ponieważ od jego decyzji zależało, czy projekt zostanie uznany za istotny w czasie wojny, zasługując tym samym na przydział sił i środków. (…) Nieznany bliżej generał, indagowany przez regionalne władze w sprawie poparcia projektu, uznał w sierpniu 1941 r., że jego zainteresowanie całym przedsięwzięciem idzie jedynie tak daleko, jak dalece żołnierz wykazuje zainteresowanie przydatną drogą. Dodawał zarazem, że szczególnego zainteresowania Drogą na Przełęcz Karkonoską nie ma, ponieważ nie wchodził w rachubę marsz przeciwko Protektoratowi Czech i Moraw, do czego mogłaby służyć wspomniana szosa. Ostatecznie też odmówił wsparcia w realizacji projektu”.

„Do zimy 1941/1942 dolnośląscy decydenci mogli za to liczyć na zrozumienie potężnego Fritza Todta, który do śmiertelnego wypadku lotniczego 8 II 1942 r. był m.in. ministrem uzbrojenia i amunicji Rzeszy (Reichsminister für Bewaffnung und Munition), generalnym inspektorem ds. wody i energii (Generalinspektor für Wasser und Energie) oraz szefem Organizacji Todt (Organisation Todt). Starał się on kontynuować podjętą wcześniej rozbudowę niemieckich dróg i autostrad, jednak musiał się liczyć z narastającymi brakami, dlatego realizacja większości projektów została odłożona na okres «po wojnie». Początkowo nie dotyczyło to opisywanej szosy, ponieważ do zakończenia jej budowy pozostał zaledwie kilkukilometrowy odcinek możliwy do wykonania w przeciągu roku, a korzyści wynikające ze skrócenia drogi przejazdu na osi Jelenia Góra—Vrchlabí były bezsprzeczne, co miało przynieść istotne oszczędności w zużyciu deficytowego paliwa. Na trasie z Jeleniej Góry do Szpindlerowego Młyna można było zredukować podróż o blisko 2/3 (z 90 do 35 km). Powyższe względy tłumaczą, dlaczego opisywaną inwestycję próbowano kontynuować wbrew ogólnym dyrektywom i bieżącym przeszkodom.”.

Mimo to, „nadzieje na rychłe zakończenie inwestycji rozwiały się pod wpływem niemieckich niepowodzeń na froncie wschodnim i wynikającej z nich konieczności mobilizacji zasobów. Odczuwany już wcześniej niedobór materiałów budowlanych i siły roboczej nabrał nowego znaczenia. Doprowadził on do zawieszenia realizacji karkonoskiego projektu”.

Ostatecznie, 4 czerwca 1942 roku minister Albert Speer wydał polecenie natychmiastowego wstrzymania wszelkich robót budowlanych. „Swoiste podsumowanie tych zdarzeń przyniosła burza 27/28 VII 1942 r. Rwące potoki wypłukały niezabezpieczone nawierzchnie, uszkodziły pobocza i nasypy, a niesiony przez wodę materiał skalny zasypał rowy odwadniające i przepusty”.

Po wojnie temat dokończenia drogi powracał. W latach 70-tych, „w oparciu o postulat KC PZPR”, „Projekt Zagospodarowania Karkonoskiego Parku Narodowego pod względem turystycznym do roku 1980” opracowany przez Wojewódzki Komitet Kultury Fizycznej i Turystyki Prezydium Wojewódzkiej R. N. we Wrocławiu przy współudziale dyrektora Karkonoskiego Parku Narodowego mgr. inż. Franciszka Rudzkiego i Wojewódzkiego Konserwatora Przyrody mgra Jana Sibilskiego” zawierał już nawet wstępny projekt, w którym koszt budowy oszacowano na około 20 mln złotych”. Jak napisano, „Zdaje się, że ze znalezieniem powołanego wykonawcy nie byłoby większych kłopotów”.

Tymczasem drogi nie zrobiono do dziś...

,,Projekt ten został zaniechany. W tym czasie jedynie pokryto nawierzchnię istniejącego odcinka [tzw.] Drogi Sudeckiej asfaltem [ponoć dla potrzeb kolarskiego Wyścigu Pokoju]. Obecnie za skrzyżowaniem Drogi Sudeckiej z niebieskim szlakiem, który wiedzie z Przesieki na Przełęcz Karkonoską, przez około kilometr droga jest szeroka, utwardzona i można byłoby rzec - gotowa do użytkowania. Przez następny kilometr Droga Sudecka zmienia się w ścieżkę, przy której znajdują się wały kamieni - zapewne jest to materiał przygotowany ponad 60 lat temu do budowy dalszego odcinka. Potem ścieżka staje się już trudna do przebycia i zawraca na północny-wschód przecinając niebieski szlak. Ostatni odcinek przed Przełęczą Karkonoską, długości około półtora kilometra, jest także utwardzony na szerokości kilkunastu metrów.”

Zachowanym dowodem prac przy budowie są m.in. imponujące przepusty/mosty, pod którymi przepływają potoki Kacza, Podgórna i Myja. Niemieckie nazwy rzek wykuto w kamieniu przy mostach, przy samej drodze. Są one dziś dobrze widoczne, choć przez wiele lat były zakryte.

Temat dokończenia drogi na Przełęcz Karkonoską wraca co jakiś czas, polaryzując zwolenników i przeciwników projektu. Na razie jednak realnych perspektyw budowy nie widać.

Adres

Przesieka

Telefon

+48501131931

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Hain im Riesengebirge, czyli opowieści z dawnej Przesieki umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Udostępnij