Nowa Ruda Neurode Tajemnice, zagadki, historia

Nowa Ruda Neurode Tajemnice, zagadki, historia Historia, tajemnice, zagadki i ciekawostki dotyczące Nowej Rudy, Słupca, Bożkowa i okolic. Motto mojej strony: "...Bo historia fajna jest"! Zapytaj...
(1)

Strona ta zajmuje się odkrywaniem, badaniem oraz prezentacją historii Nowej Rudy (Neurode), Słupca (Schlegel), Bożkowa (Eckersdorf), Drogosławia (Kunzendorf), Ludwikowic Kłodzkich(Ludwigsdorf), Świerk (Königswalde), Miłkowa (Mölke), Dzikowca (Ebersdorf), Woliborza (Volpersdorf), Jugowa (Hausdorf), Przygórza (Köpprich) oraz dawnego Powiatu Noworudzkiego. Strona nie jest stricte historyczno-naukowa

i na celu ma głównie propagowanie uroków tej części Ziemi Kłodzkiej, zachęca do samodzielnego odkrywania, badania i poszukiwania lokalnych tajemnic. PS
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, przedruki, przenoszenie na elektroniczne nośniki pamięci, w części lub całości bez zgody autora zabronione (dotyczy tekstu wraz z załączonymi zdjęciami).

NOWA RUDA / NEURODE„Potok Umarłych – noworudzkie miejsce przeklęte”Strzeż się mroku i ciemności, bo „...jeśli długo spog...
16/08/2026

NOWA RUDA / NEURODE
„Potok Umarłych – noworudzkie miejsce przeklęte”

Strzeż się mroku i ciemności, bo „...jeśli długo spoglądasz w otchłań, to otchłań spogląda również w ciebie”.
Dzisiejsza Nowa Ruda rozciąga się na terenie, który do XIII wieku był właściwie niezamieszkany. Wszystkie znane nam dzisiaj uliczki, place i zakątki porastały bujne, gęste lasy, a wijąca się doliną Włodzica była kryształowo czysta, głęboka i pełna ryb.
Dawne legendy i podania głoszą, że tereny te były niegdyś nawiedzane przez złe czarownice, upiory, pokutujące dusze czy potępieńców. Przesiadywali oni nad brzegami rzek i w milczeniu wyczekiwali swoich ofiar. Jednym z takich miejsc był noworudzki potok przepływający przez szeroki wąwóz rozciągający się pomiędzy dzisiejszymi ulicami Armii Krajowej a Kopernika. Joseph Wittig, najwybitniejszy noworudzki kronikarz, nazywa go „Potokiem Umarłych”, a ciągnącą się wzdłuż niego ścieżkę – „Szlakiem Umarłych” lub „Piekielną Drogą”. Dziś ta legendarna kotlina zniknęła pod zabudowaniami ulic Bohaterów Getta i Ciemnej oraz samego Rynku. Dodatkowo w XIX wieku wspomniany trakt i potok zostały przecięte kilkunastometrowym, kamienno-ziemnym nasypem kolejowym.

Jednak dawny „Potok Umarłych”, nadal istnieje! Dziś bezimienny strumień, wartko płynie ukryty pod naszymi domami i ulicami. Obecnie niewidoczny, w dużej części skanalizowany, jednak płynie i mimo że wydaje się cichy i ledwo zauważalny, to w czasie roztopów albo ulewnych deszczy potrafi zamienić się w najprawdziwszą, rwącą górską rzekę. Potok jest skanalizowany, ale niech was nie zmyli to określenie, bo na niektórych odcinkach podziemny korytarz zaskakuje swoją wielkością i kunsztem wykonania, ale są i takie fragmenty, które trzeba pokonywać na czworakach, w błocie i w towarzystwie podziemnych mieszkańców. Wzdłuż strumienia prowadziła droga – jej szczątkową i nieco przebudowaną formą jest dzisiejsza ulica Ciemna. Co prawda spacer nią może wywołać dreszczyk emocji, bo to jedyna noworudzka ulica, która nawet w najbardziej pogodny dzień pozostaje zacieniona, a do tego jest bardzo wąska, kręta i pełna zakamarków, jednak nazywanie jej dzisiaj „Piekielną Drogą”, a tym bardziej „Szlakiem Umarłych” byłoby dużym nadużyciem i przesadą.

Mimo to postanawiam spenetrować koryto tego złowieszczego potoku i wkroczyć w zagadkowe, podziemne królestwo Nowej Rudy. Ileż słyszałem legend o tym miejscu, ile historii i opowiastek! Nadszedł czas, by zweryfikować te przekazy w terenie. Jeszcze raz sprawdzamy latarki, poprawiamy plecaki, kalosze i ruszamy w nieznane. Ścieżka ma niecałe dwa metry szerokości, z jednej strony flankuje ją gigantyczny mur nasypu kolejowego, z drugiej zatopiony w cieniu dom. Trakt wygląda jak zapuszczony leśny szlak, ale tu dumnie nazywany jest ulicą i jeśli nazwa ma w jakiś sposób pasować do miejsca, to ulica Ciemna jest tego znakomitym przykładem. Zatrzymujemy się na kamiennym mostku. Z tego miejsca można zejść do tunelów po nasyp kolejowy lub pod starą kamienicę.

My wybieramy ten pierwszy, w prawo. Na zewnątrz panuje skwar, a z ciemnego korytarza bije przyjemny chłód. Wejście jest zaskakująco duże i wygodne. Zaledwie kilka schodków i oto stoimy w wysokiej i przestronnej kamiennej bramie, bardziej przypominającej wejście do zamku niż wlot do kanału burzowego. Solidny łuk wykonany z równo ociosanych bloczków, jak i początkowy odcinek korytarza, w całości wyłożony jest płytami z czerwonego piaskowca – ściany, strop i, co najciekawsze, posadzka. Całość ułożono tak, że płynący potok ukryto pod kamienną posadzką kanału, a sam tunel można pokonywać suchą stopą. Wydaje się, że założeniem budowniczych była budowa podziemnego przejścia pod nasypem kolejowym, które pełniło również rolę sprytnie ukrytego przepustu. Plan pewnie dobrze prezentował się na papierze i stołach kreślarskich, ale w praktyce wyglądało to już zupełnie inaczej. Zapewne po pierwszej porządnej ulewie podziemny kanał pod posadzką okazywał się za mały, by pomieścić ogromne ilości wody pędzącej z gór. Jej nadmiar i siła doprowadziły do wyrwania w kilku miejscach ciężkich, kamiennych płyt posadzkowych, odsłaniając tym samym ziejącą czernią otchłań ukrytego potoku. Zaglądam tam ostrożnie, świecąc latarką w nadziei, że nie dojrzę tego, od kogo potok przyjął swoją ponurą nazwę.

Obudowany czerwonym piaskowcem korytarz kończy się nieoczekiwanie po kilkudziesięciu metrach, dokładnie po drugiej stronie nasypu. Teraz podziemny trakt przybiera kształt betonowego trójkąta z zaokrąglonymi bokami. Wije się nierówno, zmieniając od czasu do czasu swój przekrój. Jednak ten odcinek również kończy się dość niespodziewanie — dalsza trasa prowadziłaby już dużą rurą kanalizacyjna, ale tam wchodzić nie zamierzamy. Nad nami znajduje się kilkumetrowy szyb przykryty metalową klapą, a w ścianie osadzono solidne klamry, którymi można by wydostać się na powierzchnię. Nad naszymi głowami znajdują się zabudowania ulicy Myśliwska Osada. Wracamy do kamiennego mostku na ulicy Ciemnej. Teraz ruszamy w stronę miasta.

Najpierw pokonujemy skalną kaskadę. Ma kilka metrów wysokości, ale na szczęście poziom wody jest tu niski, więc sprawnie zsuwamy się niżej. Przed nami zarośnięta krzakami betonowa niecka. Niczym w dżungli pokonujemy gąszcz krzaków, korzeni uschłych gałęzi, by po chwili stanąć przed ziejącą chłodem czarną dziurą znikającą gdzieś pod ulicą Bohaterów Getta. Może tylko tak mi się wydaje, ale potok płynie tu jakby szybciej, a wartka woda jest głębsza. Betonowy wlot kanału niemal wciąga nas do wnętrza. Coś mi to przypomina... Gdyby wstrzymać wijący się tym szarym korytarzem strumień i uprzątnąć wylewkę z kamieni, zalegających śmieci i piachu można by pomyśleć, że znajdujemy się w jakimś zapomnianym drugowojennym bunkrze. Jesteśmy gdzieś pod dawnym browarem, nad naszymi głowami słychać ciche dudnienie przejeżdżających aut. Echo mieszkające w tunelu delikatnie roznosi ten dźwięk po szarych i surowych ścianach kanału. Gdzieś tu miał być ukryty wojenny skarb — skrzynie z amunicją, pancerfaustami i mnóstwem granatów. Nawet jeśli była to prawda, nie zachowało się nic z tego militarnego depozytu. Omiatam podziemia światłem ręcznej latarki, przyglądając się kamiennym wlotom służącym niegdyś jako spusty ściekowe. Gdy odwiedzałem to miejsce po raz pierwszy w 2008 roku, w kilku miejscach sączyły się jeszcze cuchnące breje – dziś na szczęście nie dostrzegam ani jednej. Po chwili szary beton ponownie ustępuje miejsca eleganckiemu piaskowcowi. Korytarz staje się szerszy i wygodniejszy, i znowu mam wrażenie, że to podziemne przejście dla pieszych, a nie skanalizowany potok. Kolejne kilkanaście metrów i mrok rozświetlają jaskrawe promienie słońca. W tym miejscu korytarz przestaje być podziemny i staje się odkrytą, betonowo-kamienną rynną o wysokich, kilkumetrowych ścianach.

To jednak tylko krótka przerwa, bo po chwili znowu zanurzamy się w mrok, wprost pod noworudzki rynek. Znów beton wymieszany z kamieniem. Środkiem korytarza biegną charakterystyczne wyżłobienia, którymi płynie woda. Mam wrażenie, że przekroczyłem próg jakiejś komory – jest tu zdecydowanie więcej miejsca – wyżej, szerzej i przestronniej. Jak w poczekalni u Charona pomyślałem, mając w pamięci nazwę tego potoku. Tutaj dostrzegam moc, jaką potrafi mieć rwący potok zamknięty w żelbetowy tunel. Poniewierają się tu kilkudziesięciokilogramowe kamienie, gałęzie, a nawet ogromnej wielkości pień ściętego drzewa.
Dalsza trasa to wyprawa podziemiami starego miasta. Gdzieś nad naszymi głowami tętni życie – stoją kamienice, jeżdżą auta i przemykają ludzie. Tu jest tylko szum wody i bezkresna czerń. Przez chwilę wyłączamy oświetlenie, pozwalając by mrok zawładną naszymi umysłami. Ciemność staje się absolutna.
Tunel z betonowego zamienia się w kamienny, kamienny w ceglany a ceglany znowu w betonowy. Przybywa wody, robi się ciaśniej i niżej. Szlak jest wilgotny, w kilku miejscach haczymy głowami o sufit. Stąpamy po rozbitych butelkach, plastikowych śmieciach, gałęziach i mnóstwie różnej wielkości kamieni – wszystko to wymieszane z błotem i żwirem. Miejsce zaczyna wyglądać naprawdę upiornie i tajemniczo. To właśnie gdzieś pod rynkiem miał znajdować się legendarny skarbiec z rozprutą kasą pancerną, to gdzieś z tego miejsca miały dochodzić żałosne i pełne grozy zawodzenia zagubionych nieszczęśników. Nie zauważyłem i nie usłyszałem, ale jestem przekonany, że w tym miejscu Potok Umarłych zasługuje na swoją nazwę. Co prawda, nie dostrzegłem kasy pancernej, nie napotkałem żadnej pokutnicy, ale od samego początku miałem wrażenie, że jesteśmy obserwowani.
Tak, pora przedstawić współtowarzyszy naszej wyprawy. To nie są pojedyncze osobniki – są ich dziesiątki, a tam, gdzie jest naprawdę nisko, nawet setki. To sieciarze jaskiniowi – jadowite pająki strzegące podziemi. Mogą osiągać nawet 5–6 cm i dotkliwie ukąsić. W mieszkowatych kokonach zawieszonych najczęściej pod stropem może znajdować się do pięciuset małych pajączków, które – jeśli uszkodzimy kokon – potrafią szybko i sprawnie opanować nasze głowy. Pająki same z siebie nie atakują; są raczej ciekawskie. Nie uciekają, tylko uważnie przyglądają się podziemnym intruzom.
W najwęższym i najniższym miejscu nasz szlak zostaje niespodziewanie przegrodzony metalową rurą. Górą nie da się pokonać tej przeszkody – trzeba przeczołgać się dołem. Można zapomnieć o czystym i suchym ubraniu. Nie pomaga też widok dziesiątek mniejszych i większych siwo-szarych kokonów. Za tym podziemnym szlabanem korytarz ponownie staje się w miarę wygodny i wreszcie można wyprostować wygięte w pałąk plecy.
Docieramy do końca naszej trasy. Jeszcze chwila i wraz z potokiem wpadamy do Włodzicy. Na zewnątrz słońce oślepia jak nigdy – potrzebujemy dobrych kilku minut, by na powrót przyzwyczaić się do świata żywych. Potok Umarłych zostaje w cieniu, za naszymi plecami...

Ekspedycja dochodzi do końca. Potok Umarłych – choć odarty z legendarnych skarbów, militarnych depozytów i grozy dawnych opowieści – istnieje naprawdę. Na całej trasie nie napotykamy żadnego upiora ani nie dostrzegamy śladu po zjawach. Może dlatego, że wędrowaliśmy za dnia? Chociaż pod ziemią pojęcie dnia i nocy zupełnie traci sens... Tam, pod naszymi stopami, wciąż panuje absolutny mrok: tajemniczy, pełen zagadek i gotowy, by spoglądać w każdego, kto odważy się w niego wejść.
..bo historia fajna jest!
MC Noworuders - Marek Cybulski

UWAGA!
Powyższy materiał ma charakter wyłącznie historyczno-reportażowy. Eksploracja skanalizowanych podziemnych cieków wodnych i kanałów burzowych jest wysoce niebezpieczna i wiąże się z ryzykiem utraty zdrowia lub życia. Strzeżcie się!

Wakacje, wakacje i po wakacjach... Przynajmniej u mnie :) ZAGADKO-CIEKAWOSTKA NOWORUDZKA nr 285"Portal Znikających Dusz"...
02/08/2026

Wakacje, wakacje i po wakacjach... Przynajmniej u mnie :)

ZAGADKO-CIEKAWOSTKA NOWORUDZKA nr 285
"Portal Znikających Dusz"

Dziś ten nietypowy zabytek znajduje się niopodal kościaoła Wniebowzięcia NMP przy ulicy Cmentarnej w Nowej Rudzie.
Och, jak niezwykłe i piękne są legendy związane z tym zabytkiem, jakie podania, opowieści...
Dziś, ten kamienny portal to jedno z najczęściej fotografowanych miejsc w mieście, ALE czy wiecie gdzie znajdował się wcześniej? Jaką pelnił funkcję?

PYTANIE: Gdzie pierwotnie znajdował się noworudzki "Portal Znikających Dusz"?
*PYTANIE za 3 PUNKTY: Skąd ta nazwa?

MC Noworuders - Marek Cybulski..bo historia fajna jest

BOŻKÓW / ECKERSDORF „Czarna Pani z Bożkowa”Bożków, do 1945 roku Eckersdorf, od wieków wyróżniał się spośród dolnośląskic...
14/07/2026

BOŻKÓW / ECKERSDORF
„Czarna Pani z Bożkowa”

Bożków, do 1945 roku Eckersdorf, od wieków wyróżniał się spośród dolnośląskich osad. W dużej mierze zawdzięczał to arystokratycznej rodzinie von Magnisów, która wzniosła tu imponujący pałac otoczony uroczym, rozległym ogrodem. Przez długie lata mieniąca się przepychem budowla przyciągała wielu ważnych i dostojnych gości. Jednak po II wojnie światowej rezydencja powoli, ale systematycznie zaczęła popadać w ruinę. Pałacowe ogrody, niegdyś pełne oranżerii, szklarni oraz egzotycznych drzew i krzewów, zamieniały się w dzikie, zarośnięte chaszczami gaje. Degradacja postępowała błyskawicznie – ktoś z parku ukradł pomnik, ktoś inny ściął zabytkowe drzewo, a kolejny szabrownik wywoził cegły, niszcząc folwark z XVII wieku.
Dziś, w 2026 roku, całe założenie pałacowo-ogrodowe jest w stanie agonalnym! Mury się walą, ogród dziczeje. Na naszych oczach dokonuje się najpodlejsze morderstwo na jednym z najpiękniejszych zabytków w kraju! Czy pałac znajdzie wreszcie godnego, solidnego i prawdomównego gospodarza, który przywróci mu dawny blask i splendor? Tego nie wiem, ale pewne jest, że właśnie kończy się pewna era w historii Bożkowa.
Odwiedzam to miejsce regularnie. To jeden z moich ulubionych zakątków na ziemi, z którym łączy mnie bardzo wiele – stąd wywodzi się moja rodzina, tu mieszkała moja mama, a do szkoły rolniczej uczęszczała moja żona i wielu przyjaciół. Dlatego nie potrafię obojętnie przejść obok bożkowskiego dramatu. W latach 60. XX wieku, gdy pałac częściowo zajmowała jeszcze wspomniana szkoła, jeden z pawilonów ogrodowych zamieniono na przedszkole, a po przypałacowym parku wesoło biegały dzieci z pobliskiej podstawówki. Dla nich stary park, sztuczne ruiny czy pozostałości oranżerii stanowiły pełną przygód scenerię do wspólnych zabaw. Jedną z tych beztroskich dziewczynek była obecna mieszkanka Nowej Rudy, która z przejęciem opowiedziała mi swoją historię...
Było ciepłe, majowe popołudnie na początku lat 60. Zajęcia w szkole zakończyły się około godziny 13:00. Rozwrzeszczana gromada dzieciaków radośnie wybiegła na plac przed budynkiem. – Wraz z koleżanką postanowiłyśmy pobawić się w przypałacowym parku – opowiada noworudzianka.
Śmiejąc się i podśpiewując, pobiegły w swoje ulubione miejsce – tuż za pałac, gdzie egzotyczne krzewy niemal dotykały murów dawnej siedziby Magnisów. Dzień był upalny, nic więc dziwnego, że przyjemny chłód murów i cień rozłożystych drzew zwabił dziewczynki właśnie tam.
– Nagle na jednej z parkowych alejek, rozświetlonej jasnymi promieniami popołudniowego słońca, pojawiła się niewielka postać kobiety...
Miała na sobie długą, czarną suknię z grubego, błyszczącego materiału, która sięgała samej ziemi. Strój uzupełniały koronkowe rękawy podszyte czarnym suknem oraz nieduży kapelusz z piórami i zwiewną woalką zakrywającą twarz. Dziewczynki przerwały zabawę i w milczeniu przyglądały się nieznajomej. Ta przemieszczała się powoli, bezszelestnie i dostojnie, z głową lekko przechyloną do przodu. Jej ubiór zupełnie nie pasował do upalnej, wiosennej pogody.
– ...ona była dziwna, trochę jak z bajki albo z innej epoki. Nie bałyśmy się jej, nie wywoływała w nas strachu. Wręcz przeciwnie – czułyśmy spokój, a przede wszystkim zainteresowanie. Pierwsze skojarzenie? Pogrzeb. Rozglądałyśmy się nawet za innymi żałobnikami, za jakimś czarnym konduktem, księdzem bądź trumną, ale nikogo więcej nie było. Tylko ona i ten jej niezwykły strój...
Czarna dama wyraźnie kontrastowała z bożkowskim parkiem, z żywą zielenią krzewów, kolorowymi kwiatami i błękitem nieba. Postać wyglądała tak, jakby została wycięta z innego obrazka i wklejona w tutejszy krajobraz. Zdawała się nieobecna.
Przez chwilę wydawało się, że kobieta w czerni skręci w stronę pałacowej bramy, ale ta nieoczekiwanie ruszyła w przeciwległym kierunku, mijając stojące w bezruchu dziewczynki. Zaciekawione dzieci natychmiast pobiegły za nieznajomą, gdy ta zniknęła za narożnikiem pałacu. Znalazły się tam zaledwie po kilku sekundach i ku swojemu zdziwieniu... nie dostrzegły już nikogo. Z tej części parku nie można było dostać się do wnętrza budowli – nie było tam żadnych drzwi, a wszystkie okna były zamknięte na głucho. W to miejsce prowadziła tylko jedna alejka – ta, którą przyszła tajemnicza postać i którą przybiegły dziewczynki. Gdzie zatem podziała się czarna dama? Gdzie zniknęła i przede wszystkim: kim była?
Tuż po zakończeniu wojny w jednej z miejscowych karczm stary Niemiec, który twierdził, że był pałacowym palaczem, opowiadał pierwszym polskim osadnikom zatrważającą historię. Wspominał o starszej kobiecie, którą ponuro nazywano „Czarną Panią”. Nikt nie wiedział, kim była owa dama ani z jakich przyczyn nawiedzała bożkowskie dobra, ale wszyscy wiedzieli, że dawni mieszkańcy pałacu panicznie bali się jej odwiedzin, a już najbardziej magnisowe dzieci... Bo „Czarna Pani” nie wyrządzała krzywdy mieszkańcom wsi czy pałacowej służbie, ona czyhała wyłącznie na hrabiowskie dzieci – z przejęciem opowiadał stary Niemiec, przełykając kolejny kieliszek wódki.
Miała podobno często przesiadywać w przypałacowym kościele i godzinami spacerować po rozległym parku. Niemiec opowiadał, że pojawiała się rzadko i bez zapowiedzi – ale zawsze sprowadzała jakieś nieszczęście. Mówiono, że krążyła wokół pałacu, jakby wyczekiwała chwili, by niepostrzeżenie wtargnąć do zamkowych komnat, a wtedy wszystko następowało już bardzo szybko. Wystarczyło jedno jej dotknięcie, spojrzenie lub gest, by niemal natychmiast wywołać jakieś złe fatum – śmierć, tragiczny wypadek albo śmiertelną chorobę. Najmłodsi mieszkańcy bożkowskiego zamku unikali jej na wszystkie możliwe sposoby, wyjeżdżali, podróżowali lub banalnie zamykali się w swych komnatach na długie godziny, bo gdy już ją spotkali, nie było odwrotu. Marianka, Anna, W***y, Ludmila, Anton… żadne z pochowanych na pobliskim cmentarzu dzieci dziedziców nie przekroczyło 25. roku życia. Ich groby, mimo upływu lat, przetrwały do dzisiaj.
Bywało też, że „Czarną Panią” widywano w pobliskiej świątyni. Siedziała tam w bezruchu, opierając skrytą pod żałobną woalką głowę na złożonych do modlitwy dłoniach i cichutko, niemal niesłyszalnie szlochała. Znikała natychmiast, gdy w kościele pojawiał się ktoś inny.
Wiele wskazuje na to, że opowieść o „Czarnej Pani z Bożkowa” to typowa powojenna legenda, utkana z fragmentów prawdziwych historii, półprawd, źle przetłumaczonych opowieści i uzupełniona bogatą fantazją pierwszych osadników. Postać ta nie występuje w żadnym przedwojennym źródle, nie wspomina o niej żadna niemiecka kronika ani żyjący potomkowie rodu von Magnis. Skąd więc się wzięła? Najpewniej stworzyli ją pierwsi bożkowscy Polacy, którzy osiedlili się tu po 1945 roku, zupełnie nieznający dziejów starego niemieckiego rodu arystokratycznego. Dla nich ważniejsze od dawnych ksiąg były troski dnia powszedniego – co zjeść i czym napalić w piecu. Nikt nie zaglądał do niemieckich archiwów, a tym bardziej nie badał lokalnych podań, ale ludzka natura nie znosi próżni. Jeśli nie potrafimy czegoś racjonalnie wytłumaczyć, niemal automatycznie zaczynamy tworzyć własne alternatywne wyjaśnienia.
A w przypadku Bożkowa było i jest dosłownie wszystko, co pobudza wyobraźnię: bogaty hrabiowski ród, potężny pałac, romantyczne ruiny, mroczny park, groby przedwcześnie zmarłych dzieci no i... duchy.
Spacerowałem po bożkowskim parku dzisiejszego poranka. Przywitał mnie radosny śpiew ptaków, buszująca w krzakach wiewiórka i przebijające się przez konary drzew pierwsze promienie słońca – piękno w czystej postaci, ale „Czarnej Pani” dziś nie spotkałem.
A jednak legenda wciąż żyje. Kim więc była tajemnicza postać w czerni, którą w latach 60. widziały bawiące się w parku dziewczynki? Dlaczego to właśnie w Bożkowie zrodziła się ta opowieść? I czy tkwi w niej, choć ziarno prawdy o dawnych nieszczęściach tego miejsca?
..bo historia fajna jest!
MC Noworuders - Marek Cybulski

ZAGADKO-CIEKAWOSTKA NOWORUDZKA nr 284"Oj, działo się tu, działo..."Przez długie lata był to jeden z najważniejszych budy...
04/07/2026

ZAGADKO-CIEKAWOSTKA NOWORUDZKA nr 284

"Oj, działo się tu, działo..."

Przez długie lata był to jeden z najważniejszych budynków w tej części miasta. I chyba każdy mieszkaniec na jakimś etapie swojego życia do niego zawitał... a to do biblioteki, a to do kawiarni, na zabawę, na koncert, do teatru, na wybory, na przemówienie partyjne, na zakładową potańcówkę, na spotkanie z Mikołajem czy innym Gwiazdorem, lub po prostu do toalety. Mam wrażenie, że każdy z nas tu był.

Czy rozpoznajecie to miejsce? Ten budynek?

PYTANIE: Co to za miejsce i gdzie się znajdujemy? (napisy zamazane z premedytacją)

MC Noworuders - Marek Cybulski..bo historia fajna jest!
PS
Prezentowane zdjęcie pochodzi z archiwum Muzeum Dawna Kopalnia - Nowa Ruda

NOWA RUDA / NEURODE „Noworudzkie baseny kąpielowe”Noworudzki basen, rok 2026. Osobiście uwielbiam chłód bijący od wody, ...
28/06/2026

NOWA RUDA / NEURODE
„Noworudzkie baseny kąpielowe”

Noworudzki basen, rok 2026. Osobiście uwielbiam chłód bijący od wody, wszechobecny zapach kremów do opalania i wesoły gwar bawiących się dzieci. Dzisiejsze kąpielisko miejskie jest po prostu piękne. Patrząc na baseny, zjeżdżalnie oraz budynki z kawiarnią i przebieralniami, aż trudno uwierzyć, że pierwsze noworudzkie kąpielisko było w połowie dzikie, a dziś mamy problem nawet z jego dokładną lokalizacją.

Powstało w miejscu, gdzie do niedawna wznosiły się hale byłych zakładów jedwabniczych DZPJ „Nowar”, a wcześniej „Pollak”. Tam, nieopodal płynącej Włodzicy, na początku XX wieku (a być może i wcześniej) ruszyło pierwsze noworudzkie kąpielisko – albo jak to wówczas nazywano: zakład kąpielowy. Jakiej wielkości był ten basen? Czy był w jakiś sposób połączony z rzeką? Z jakich materiałów go wykonano? Na te pytania nie znamy odpowiedzi. Do tej pory nie widziałem też żadnej ryciny czy fotografii tego pierwszego miejskiego „basenu”. Jednak dzięki kronikom wiemy, że istniał i że zamknięto go w 1910 roku, a teren, na którym się znajdował, przekazano pod rozbudowę wspomnianych zakładów Pollaka.

Natychmiast zadecydowano o budowie nowego obiektu. Miejsce pod tę inwestycję wytypowano w niezwykle urokliwym zakątku Nowej Rudy, przy dzisiejszej ulicy Cichej, a dokładniej nieopodal Czarnego Mostu. W 1910 roku ulicę tę wraz z okolicą nazywano Doliną Czarnego Potoku, a w latach 20. nazwę zmieniono na jeszcze bardziej romantyczną – Szwajcarska Dolina. Wszystkie te zabiegi nazewniczo-kosmetyczne miały jeden bardzo ważny cel: jak najszybsze wycofanie z obiegu najstarszego, ciągle będącej w użyciu nazwy tego miejsca, która budziła powszechną grozę i nie do końca pasowała do miejskiego basenu rekreacyjnego: Szubieniczna Dolina.

Basen zaczął powstawać nieopodal starego młyna Hoffmanna (około 50 metrów od dzisiejszego domu przy ul. Cichej 36). Wszystko wskazywało na to, że nowa lokalizacja znakomicie nadaje się pod budowę kąpieliska. Istniała tu już spora sadzawka gromadząca wodę dla młyna, teren był naturalnie płaski, a budowa w żaden sposób nie kolidowała z przechodzącą obok drogą czy wartkim strumieniem Woliborki. Do tego elegancka nazwa i romantyczne położenie.

W ten oto sposób powstał basen w Szwajcarskiej Dolinie. Nie był duży – raczej średniej wielkości, o wymiarach ok. 12 × 22 metry. Wokół niego ustawiono kilka drewnianych przebieralni, prysznic i barierki. Sama pływalnia podzielona była na dwie części: głębszą i płytszą. Rozdziału tego dokonano przy pomocy grubej, metalowej rury. Przy części głębszej zamontowano również trampolinę. Wodę do basenu doprowadzano niewielkimi śluzami, czerpiąc ją bezpośrednio ze strumienia – musiała być zatem zimna... bardzo zimna.

Uczciwie trzeba przyznać, że kąpielisko ulokowane było w uroczym zakątku, ale szybko zaczęto dostrzegać mankamenty tej lokalizacji. Na dnie głębokiej doliny nawet latem było chłodno, co skutkowało szybkim wychłodzeniem wody. Dodatkowo strome zbocza doliny szybko zakrywały kąpielisko cieniem, nawet podczas upalnego lata. Można by nawet zaryzykować kąśliwe stwierdzenie, że kąpielisko w Szwajcarskiej Dolinie ciągle (mimo zmian nazw) było w cieniu Szubienicznej Góry – dosłownie i w przenośni.

Problematyczny okazał się również rozmiar samego kąpieliska, na terenie którego nie można było organizować zawodów pływackich czy pokazów skoków do wody. Na obiekcie jednorazowo mogło przebywać stosunkowo niewielu użytkowników, co będącym u władzy wyznawcom Hitlera zdecydowanie było nie na rękę. Oni chcieli kąpieliska będącego zarazem areną narodowosocjalistycznej propagandy sukcesu. Nic więc dziwnego, że w Nowej Rude coraz głośniej zaczęto mówić o nowej i większej pływalni. Decyzję podjęto w 1935 roku.

Tym razem lokalizacja była doskonale przemyślana i zadowalała chyba wszystkich, nawet najbardziej sceptycznych malkontentów letniego wczasowania. Wybrany teren był idealny: duży, nasłoneczniony, tuż przy jednej z głównych ulic miasta i – co najważniejsze – z basenu roztaczał się przepiękny widok na zalesione zbocza Góry św. Anny. Otwarcie nowej pływalni zaplanowano na obchody 600-lecia miasta, czyli na okres od 31 lipca do 8 sierpnia 1937 roku. Terminu jednak nie dotrzymano i basen otwarto nieco później (możliwe, że jeszcze pod koniec lata 1937 roku).

Duży wpływ na powstanie tego obiektu miały hitlerowskie organizacje młodzieżowe, które współfinansowały budowę i dostarczały darmową siłę roboczą. Nowoczesny, duży i naprawdę elegancki basen powstał przy dzisiejszej ulicy Fredry, pomiędzy dziewczęcym obozem szkoleniowym RAD (dziś mieści się tam Szkoła Podstawowa nr 2 oraz Dom Dziecka „Gromadka”) a miejskim ośrodkiem młodzieżowym (dziś budynek klubowy KS Piast Nowa Ruda). Dodatkowo, tuż przed II wojną światową, ponad basenem wybudowano spory ośrodek szkoleniowy dla młodzików z Hitlerjugend (dzisiejszy główny budynek Szkoły Podstawowej nr 2).

Kompleks basenowy był naprawdę imponujący i nowoczesny pod każdym względem. Zajmował powierzchnię 1100 m², a największy z basenów w najgłębszym punkcie liczył aż 4,5 metra. Przy basenie głównym wybudowano wysoką, 5-metrową wieżę do skoków oraz zestaw trampolin. Mniejsze kąpielisko wyposażone było w obleganą przez dzieci ślizgawkę oraz tryskającą wodą fontannę. Wokół pływalni, ogrodzonej metalową barierką, znajdowały się brodziki wraz z prysznicami. Na terenie kompleksu działała również kawiarnia serwująca lody, ciastka i napoje chłodzące, które można było spożywać na obszernym, kamiennym tarasie. Za mniejszym basenem wybudowano drewniany podest służący za scenę, a także miejsce do tańca i organizacji koncertów. Całość otoczona była sporym pasem zieleni, gdzie chętnie zażywano kąpieli słonecznych. Nie zapomniano również o kilkunastu wysokich masztach, na których zawsze powiewały flagi III Rzeszy.

I pomimo że projektantem obiektu był świdniczanin Gauert, a najtrudniejsze roboty betonowe i żelbetowe wykonała wrocławska firma Schles. Industriebau AG. Lenz & Co., otwarcie kąpieliska odtrąbiono w Nowej Rude jako wielki, lokalny sukces władz partyjnych.

W powojennych realiach noworudzki basen – niemal bez zmian i większych remontów – funkcjonował aż do 2011 roku, kiedy to został zamknięty z powodu fatalnego stanu infrastruktury technicznej. Ponowne, huczne otwarcie po generalnym remoncie miało miejsce w 2021 roku. Od tego czasu można śmiało powiedzieć, że mamy w naszym mieście jedno z najlepszych, najwspanialszych i najpiękniejszych kąpielisk w całej, szerokiej okolicy!

Należy też dodać, że na przestrzeni lat w rejonie Nowej Rudy (zarówno w gminie wiejskiej, jak i miejskiej) funkcjonowało jeszcze pięć (!) innych kąpielisk. Potrafisz je wszystkie wymienić?

…Bo historia fajna jest!

MC Noworuders – Marek Cybulski

****..bo historia fajna jest, a jej odkrywanie wymaga czasu i energii! 😉 Jeśli lubisz moje opowieści i chcesz wesprzeć tę pasję, zapraszam na wirtualną kawę. Dziękuję za każdego „łyka” motywacji do dalszego pisania. Link w komentarzu.

ZAGADKO-CIEKAWOSTKA NOWORUDZKA nr 283"To mój zakątek..."Chyba każdy z nas ma w Nowej Rudzie swoje ulubione miejsce – wyc...
21/06/2026

ZAGADKO-CIEKAWOSTKA NOWORUDZKA nr 283

"To mój zakątek..."

Chyba każdy z nas ma w Nowej Rudzie swoje ulubione miejsce – wyciszające, z pięknym widokiem, przywołujące wspomnienia, taką podszytą dzieciństwem bazę wytchnienia.

Ja mam takich miejsc kilka...
Lubię ulicę Lipową o poranku, z łagodnym szumem drzew i przechadzającymi się leniwie kotami. Lubię Plac Grunwaldzki z galerią sztuki, z zapachem farb malarskich i nieco tajemniczym widokiem na kościół Wniebowzięcia NMP. Jednak chyba najbardziej lubię spacer pomiędzy kościółkiem a wieżą widokową w Słupcu... Czarny, gęsty las, śpiewające ptaki, a w wysokich trawach ukryte ruiny dawnych domostw.

Każdy ma swój własny, prywatny, intymny zakątek. Pamiętam mieszkańca Kolna, który ze łzami w oczach wspominał, jak lubił zasiadać przed swoim domem na drewnianej ławeczce i obserwować budzącą się do życia noworudzką kopalnię. Z tymi wszystkimi odgłosami, „sykami”, pojedynczymi pokrzykiwaniami, warkotem silników i unoszącą się parą.

Inna mieszkanka wyznała, że najbardziej w Rudzie lubi TO miejsce. Lubi się tu przechadzać i nie dlatego, że tam mieszka czy codziennie chodzi tędy do pracy, tylko dlatego, że TO jej zakątek, jej miejsce na ziemi...

A Wy? Macie takie miejsca? Rozpoznajecie TEN zakątek ze starej, przedwojennej pocztówki?

PYTANIE: Co to za miejsce i gdzie się znajdujemy?

MC Noworuders - Marek Cybulski..bo historia fajna jest!

***..bo historia fajna jest, a jej odkrywanie wymaga czasu i energii! 😉 Jeśli lubisz moje opowieści i chcesz wesprzeć tę pasję, zapraszam na wirtualną kawę. Dziękuję za każdego „łyka” motywacji do dalszego pisania. Link w pierwszym komentarzu.

CO BY BYŁO, GDYBY... Nr 2Zabawa w „gdybanie” bardzo przypadła Wam do gustu, z czego ogromnie się cieszę!Przypomnę tylko,...
18/06/2026

CO BY BYŁO, GDYBY...
Nr 2

Zabawa w „gdybanie” bardzo przypadła Wam do gustu, z czego ogromnie się cieszę!
Przypomnę tylko, że nasz cykl „Co by było, gdyby…” to krótkie posty, w których przedstawiamy Nową Rudę i okolice w niecodziennej odsłonie. Przy pomocy fotomontażu i/lub/czy sztucznej inteligencji tworzymy alternatywne scenariusze – ale zawsze z poszanowaniem prawdy historycznej jako punktu wyjścia.

📸 Dziś czas na widoczek nr 2!

CO BY BYŁO, GDYBY… nie przebudowano ratusza z lat 1845–1894?

Po wyburzeniu ratusza kamiennego (tego z postu nr 1), postawiono nowy ratusz. TEN z dzisiejszego zdjęcia. Był nowoczesny, funkcjonalny, prosty i... przypominał pudełko. Stał krótko, niespełna 50 lat. Dlaczego?

Noworudzianie z końca XIX wieku wyśmiewali budowlę, nazywając ją „młynkiem do kawy”. „Młynek”, „pudełko” czy „kuferek” to jedno, drugie to, że niemal wszyscy ówcześni mieszkańcy uważali, że ratusz jest mało (dużo za mało!) reprezentacyjny. A przecież byliśmy miastem powiatowym, helloł!
W 1894 roku „Młynek do kawy” zastąpiono dzisiejszym ratuszem.

Czy stary ratusz też nazywalibyście „młynkiem do kawy”, czy też żądalibyście przebudowy na coś nowego i reprezentacyjnego? I wreszcie – czy dzisiejszy ratusz temu sprostał i jest lepszy oraz bardziej reprezentacyjny?

Moja odpowiedź brzmi: Zdecydowanie tak! Jakbym był w butach dziewiętnastowiecznego noworudzianina, też bym chciał nowy, inny ratusz. I dzięki Bogu taki wybudowano, a „młynek” przepadł w odmętach historii (...i dobrze!).

👇 A jakie jest Wasze zdanie? Jestem niezwykle ciekaw Waszych opinii! Dajcie znać w komentarzach, jak podoba Wam się ta wersja.
..bo historia fajna jest!

MC Noworuders — Marek Cybulski

Adres

Rynek
Nowa Ruda
57-400

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Nowa Ruda Neurode Tajemnice, zagadki, historia umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skontaktuj Się Z Ta Organizacja

Wyślij wiadomość do Nowa Ruda Neurode Tajemnice, zagadki, historia:

Skróty

Udostępnij