16/08/2026
NOWA RUDA / NEURODE
„Potok Umarłych – noworudzkie miejsce przeklęte”
Strzeż się mroku i ciemności, bo „...jeśli długo spoglądasz w otchłań, to otchłań spogląda również w ciebie”.
Dzisiejsza Nowa Ruda rozciąga się na terenie, który do XIII wieku był właściwie niezamieszkany. Wszystkie znane nam dzisiaj uliczki, place i zakątki porastały bujne, gęste lasy, a wijąca się doliną Włodzica była kryształowo czysta, głęboka i pełna ryb.
Dawne legendy i podania głoszą, że tereny te były niegdyś nawiedzane przez złe czarownice, upiory, pokutujące dusze czy potępieńców. Przesiadywali oni nad brzegami rzek i w milczeniu wyczekiwali swoich ofiar. Jednym z takich miejsc był noworudzki potok przepływający przez szeroki wąwóz rozciągający się pomiędzy dzisiejszymi ulicami Armii Krajowej a Kopernika. Joseph Wittig, najwybitniejszy noworudzki kronikarz, nazywa go „Potokiem Umarłych”, a ciągnącą się wzdłuż niego ścieżkę – „Szlakiem Umarłych” lub „Piekielną Drogą”. Dziś ta legendarna kotlina zniknęła pod zabudowaniami ulic Bohaterów Getta i Ciemnej oraz samego Rynku. Dodatkowo w XIX wieku wspomniany trakt i potok zostały przecięte kilkunastometrowym, kamienno-ziemnym nasypem kolejowym.
Jednak dawny „Potok Umarłych”, nadal istnieje! Dziś bezimienny strumień, wartko płynie ukryty pod naszymi domami i ulicami. Obecnie niewidoczny, w dużej części skanalizowany, jednak płynie i mimo że wydaje się cichy i ledwo zauważalny, to w czasie roztopów albo ulewnych deszczy potrafi zamienić się w najprawdziwszą, rwącą górską rzekę. Potok jest skanalizowany, ale niech was nie zmyli to określenie, bo na niektórych odcinkach podziemny korytarz zaskakuje swoją wielkością i kunsztem wykonania, ale są i takie fragmenty, które trzeba pokonywać na czworakach, w błocie i w towarzystwie podziemnych mieszkańców. Wzdłuż strumienia prowadziła droga – jej szczątkową i nieco przebudowaną formą jest dzisiejsza ulica Ciemna. Co prawda spacer nią może wywołać dreszczyk emocji, bo to jedyna noworudzka ulica, która nawet w najbardziej pogodny dzień pozostaje zacieniona, a do tego jest bardzo wąska, kręta i pełna zakamarków, jednak nazywanie jej dzisiaj „Piekielną Drogą”, a tym bardziej „Szlakiem Umarłych” byłoby dużym nadużyciem i przesadą.
Mimo to postanawiam spenetrować koryto tego złowieszczego potoku i wkroczyć w zagadkowe, podziemne królestwo Nowej Rudy. Ileż słyszałem legend o tym miejscu, ile historii i opowiastek! Nadszedł czas, by zweryfikować te przekazy w terenie. Jeszcze raz sprawdzamy latarki, poprawiamy plecaki, kalosze i ruszamy w nieznane. Ścieżka ma niecałe dwa metry szerokości, z jednej strony flankuje ją gigantyczny mur nasypu kolejowego, z drugiej zatopiony w cieniu dom. Trakt wygląda jak zapuszczony leśny szlak, ale tu dumnie nazywany jest ulicą i jeśli nazwa ma w jakiś sposób pasować do miejsca, to ulica Ciemna jest tego znakomitym przykładem. Zatrzymujemy się na kamiennym mostku. Z tego miejsca można zejść do tunelów po nasyp kolejowy lub pod starą kamienicę.
My wybieramy ten pierwszy, w prawo. Na zewnątrz panuje skwar, a z ciemnego korytarza bije przyjemny chłód. Wejście jest zaskakująco duże i wygodne. Zaledwie kilka schodków i oto stoimy w wysokiej i przestronnej kamiennej bramie, bardziej przypominającej wejście do zamku niż wlot do kanału burzowego. Solidny łuk wykonany z równo ociosanych bloczków, jak i początkowy odcinek korytarza, w całości wyłożony jest płytami z czerwonego piaskowca – ściany, strop i, co najciekawsze, posadzka. Całość ułożono tak, że płynący potok ukryto pod kamienną posadzką kanału, a sam tunel można pokonywać suchą stopą. Wydaje się, że założeniem budowniczych była budowa podziemnego przejścia pod nasypem kolejowym, które pełniło również rolę sprytnie ukrytego przepustu. Plan pewnie dobrze prezentował się na papierze i stołach kreślarskich, ale w praktyce wyglądało to już zupełnie inaczej. Zapewne po pierwszej porządnej ulewie podziemny kanał pod posadzką okazywał się za mały, by pomieścić ogromne ilości wody pędzącej z gór. Jej nadmiar i siła doprowadziły do wyrwania w kilku miejscach ciężkich, kamiennych płyt posadzkowych, odsłaniając tym samym ziejącą czernią otchłań ukrytego potoku. Zaglądam tam ostrożnie, świecąc latarką w nadziei, że nie dojrzę tego, od kogo potok przyjął swoją ponurą nazwę.
Obudowany czerwonym piaskowcem korytarz kończy się nieoczekiwanie po kilkudziesięciu metrach, dokładnie po drugiej stronie nasypu. Teraz podziemny trakt przybiera kształt betonowego trójkąta z zaokrąglonymi bokami. Wije się nierówno, zmieniając od czasu do czasu swój przekrój. Jednak ten odcinek również kończy się dość niespodziewanie — dalsza trasa prowadziłaby już dużą rurą kanalizacyjna, ale tam wchodzić nie zamierzamy. Nad nami znajduje się kilkumetrowy szyb przykryty metalową klapą, a w ścianie osadzono solidne klamry, którymi można by wydostać się na powierzchnię. Nad naszymi głowami znajdują się zabudowania ulicy Myśliwska Osada. Wracamy do kamiennego mostku na ulicy Ciemnej. Teraz ruszamy w stronę miasta.
Najpierw pokonujemy skalną kaskadę. Ma kilka metrów wysokości, ale na szczęście poziom wody jest tu niski, więc sprawnie zsuwamy się niżej. Przed nami zarośnięta krzakami betonowa niecka. Niczym w dżungli pokonujemy gąszcz krzaków, korzeni uschłych gałęzi, by po chwili stanąć przed ziejącą chłodem czarną dziurą znikającą gdzieś pod ulicą Bohaterów Getta. Może tylko tak mi się wydaje, ale potok płynie tu jakby szybciej, a wartka woda jest głębsza. Betonowy wlot kanału niemal wciąga nas do wnętrza. Coś mi to przypomina... Gdyby wstrzymać wijący się tym szarym korytarzem strumień i uprzątnąć wylewkę z kamieni, zalegających śmieci i piachu można by pomyśleć, że znajdujemy się w jakimś zapomnianym drugowojennym bunkrze. Jesteśmy gdzieś pod dawnym browarem, nad naszymi głowami słychać ciche dudnienie przejeżdżających aut. Echo mieszkające w tunelu delikatnie roznosi ten dźwięk po szarych i surowych ścianach kanału. Gdzieś tu miał być ukryty wojenny skarb — skrzynie z amunicją, pancerfaustami i mnóstwem granatów. Nawet jeśli była to prawda, nie zachowało się nic z tego militarnego depozytu. Omiatam podziemia światłem ręcznej latarki, przyglądając się kamiennym wlotom służącym niegdyś jako spusty ściekowe. Gdy odwiedzałem to miejsce po raz pierwszy w 2008 roku, w kilku miejscach sączyły się jeszcze cuchnące breje – dziś na szczęście nie dostrzegam ani jednej. Po chwili szary beton ponownie ustępuje miejsca eleganckiemu piaskowcowi. Korytarz staje się szerszy i wygodniejszy, i znowu mam wrażenie, że to podziemne przejście dla pieszych, a nie skanalizowany potok. Kolejne kilkanaście metrów i mrok rozświetlają jaskrawe promienie słońca. W tym miejscu korytarz przestaje być podziemny i staje się odkrytą, betonowo-kamienną rynną o wysokich, kilkumetrowych ścianach.
To jednak tylko krótka przerwa, bo po chwili znowu zanurzamy się w mrok, wprost pod noworudzki rynek. Znów beton wymieszany z kamieniem. Środkiem korytarza biegną charakterystyczne wyżłobienia, którymi płynie woda. Mam wrażenie, że przekroczyłem próg jakiejś komory – jest tu zdecydowanie więcej miejsca – wyżej, szerzej i przestronniej. Jak w poczekalni u Charona pomyślałem, mając w pamięci nazwę tego potoku. Tutaj dostrzegam moc, jaką potrafi mieć rwący potok zamknięty w żelbetowy tunel. Poniewierają się tu kilkudziesięciokilogramowe kamienie, gałęzie, a nawet ogromnej wielkości pień ściętego drzewa.
Dalsza trasa to wyprawa podziemiami starego miasta. Gdzieś nad naszymi głowami tętni życie – stoją kamienice, jeżdżą auta i przemykają ludzie. Tu jest tylko szum wody i bezkresna czerń. Przez chwilę wyłączamy oświetlenie, pozwalając by mrok zawładną naszymi umysłami. Ciemność staje się absolutna.
Tunel z betonowego zamienia się w kamienny, kamienny w ceglany a ceglany znowu w betonowy. Przybywa wody, robi się ciaśniej i niżej. Szlak jest wilgotny, w kilku miejscach haczymy głowami o sufit. Stąpamy po rozbitych butelkach, plastikowych śmieciach, gałęziach i mnóstwie różnej wielkości kamieni – wszystko to wymieszane z błotem i żwirem. Miejsce zaczyna wyglądać naprawdę upiornie i tajemniczo. To właśnie gdzieś pod rynkiem miał znajdować się legendarny skarbiec z rozprutą kasą pancerną, to gdzieś z tego miejsca miały dochodzić żałosne i pełne grozy zawodzenia zagubionych nieszczęśników. Nie zauważyłem i nie usłyszałem, ale jestem przekonany, że w tym miejscu Potok Umarłych zasługuje na swoją nazwę. Co prawda, nie dostrzegłem kasy pancernej, nie napotkałem żadnej pokutnicy, ale od samego początku miałem wrażenie, że jesteśmy obserwowani.
Tak, pora przedstawić współtowarzyszy naszej wyprawy. To nie są pojedyncze osobniki – są ich dziesiątki, a tam, gdzie jest naprawdę nisko, nawet setki. To sieciarze jaskiniowi – jadowite pająki strzegące podziemi. Mogą osiągać nawet 5–6 cm i dotkliwie ukąsić. W mieszkowatych kokonach zawieszonych najczęściej pod stropem może znajdować się do pięciuset małych pajączków, które – jeśli uszkodzimy kokon – potrafią szybko i sprawnie opanować nasze głowy. Pająki same z siebie nie atakują; są raczej ciekawskie. Nie uciekają, tylko uważnie przyglądają się podziemnym intruzom.
W najwęższym i najniższym miejscu nasz szlak zostaje niespodziewanie przegrodzony metalową rurą. Górą nie da się pokonać tej przeszkody – trzeba przeczołgać się dołem. Można zapomnieć o czystym i suchym ubraniu. Nie pomaga też widok dziesiątek mniejszych i większych siwo-szarych kokonów. Za tym podziemnym szlabanem korytarz ponownie staje się w miarę wygodny i wreszcie można wyprostować wygięte w pałąk plecy.
Docieramy do końca naszej trasy. Jeszcze chwila i wraz z potokiem wpadamy do Włodzicy. Na zewnątrz słońce oślepia jak nigdy – potrzebujemy dobrych kilku minut, by na powrót przyzwyczaić się do świata żywych. Potok Umarłych zostaje w cieniu, za naszymi plecami...
Ekspedycja dochodzi do końca. Potok Umarłych – choć odarty z legendarnych skarbów, militarnych depozytów i grozy dawnych opowieści – istnieje naprawdę. Na całej trasie nie napotykamy żadnego upiora ani nie dostrzegamy śladu po zjawach. Może dlatego, że wędrowaliśmy za dnia? Chociaż pod ziemią pojęcie dnia i nocy zupełnie traci sens... Tam, pod naszymi stopami, wciąż panuje absolutny mrok: tajemniczy, pełen zagadek i gotowy, by spoglądać w każdego, kto odważy się w niego wejść.
..bo historia fajna jest!
MC Noworuders - Marek Cybulski
UWAGA!
Powyższy materiał ma charakter wyłącznie historyczno-reportażowy. Eksploracja skanalizowanych podziemnych cieków wodnych i kanałów burzowych jest wysoce niebezpieczna i wiąże się z ryzykiem utraty zdrowia lub życia. Strzeżcie się!