23/05/2026
Czy drzwi do naszego urzędu są otwarte dla wszystkich, czy tylko dla wybranych? 🤔
Mieszkańcy mają pełne prawo czuć oburzenie po zapoznaniu się z nowymi zasadami udziału w debacie podczas sesji Rady Miejskiej. Z jednej strony słyszymy piękne hasła o „partnerstwie” i zachęty do aktywnego udziału w życiu gminy, a z drugiej – wprowadza się szereg ograniczeń, które skutecznie zamykają usta zwykłym obywatelom.
Trudno mówić o otwartym dialogu, gdy mieszkaniec musi najpierw przejść przez labirynt biurokracji, by móc publicznie wyrazić swoją opinię.
Największe kontrowersje budzą:
📍 Konieczność zebrania aż 50 podpisów – czy każda wypowiedź musi przechodzić przez egzamin „akceptacji wstępnej”? Scena miejska powinna należeć do wszystkich, a nie tylko do tych, którzy potrafią zebrać poparcie.
📍 Limit tylko 15 osób– głos wspólnoty nie może być rzeką, którą ktoś nagle zwęża do wąskiego kanału, przez który przepłynie tylko garstka łodzi.
📍 Zasada „kto pierwszy, ten lepszy” – to bardziej wyścig po miejsca na targu niż poważna debata obywatelska, w której liczy się treść, a nie szybkość palców przy komputerze.
📍 Krótki termin zgłoszeń – zaproszenie do rozmowy nie powinno być ulotką na wietrze, którą trzeba złapać w ułamku sekundy, inaczej znika bez śladu.
W praktyce oznacza to, że wielu mieszkańców – mimo szczerych chęci – zostanie wykluczonych. Nie każdy ma możliwości czy czas, by organizować zbiórkę podpisów tylko po to, aby zadać pytanie dotyczące spraw swojej gminy.
Takie zasady sprawiają wrażenie, że głos mieszkańców jest mile widziany tylko wtedy, gdy pozostaje pod ścisłą kontrolą urzędu – gdy przejdzie przez filtr, który usuwa każdą „ostrą krawędź” i spontaniczność.
Samorząd powinien słuchać obywateli, a nie ograniczać ich prawo do głosu. Debata publiczna to nie tor przeszkód dla wytrwałych, lecz miejsce otwarte dla każdego.
Co o tym sądzicie? Czy taka „organizacja” debaty służy mieszkańcom, czy ma ich jedynie uciszyć? 👇