01/12/2025
Przedpołudnie rozlewa sie na jej policzku.
Rozlewa się błogością i beztroską. Oddech dzieli z rytmem jego serca. Bije tuż przy jej głowie. Zamknięta w jego uścisku. Trwa tylko teraz. Tylko tu. Chciałaby, żeby to było jedyne „zawsze", jakie zna. Czy ich „na zawsze" zdąży sie wydarzyć?
Wśród konających arterii pokonanego miasta dogorywają idee, marzenia i wielkie, chore plany. W pustych oknach puste oczy wypatrują powrotów, które się nie wydarzą. Ten koniec miał przynieść ulgę. Pokój i spokój. Wieczny odpoczynek racz im dać, draniu. Może łatwiej byłoby umrzeć, niż kochać, wątpić i uciekać. Może nowy Wrocław chowa w zranionych murach dawne strachy.
Potwory też mają ciała. Spragnione, zmęczone. Potwory mają kolory. Matkę i ojca, rodzinne strony. Marzenia, wspomnienia. Miewają swoje flagi, a później inne flagi i stracone domy. I błękitne oczy. Życie, w którym nie są wcale potworami. I zupełnie inne potwory w swoich opowieściach.
Historia pełna kantów i ostrych krawędzi, bez miejsca na głodne kawałki o szczęśliwych zakończeniach. Kołtuny losów rozrzucone po powojennej Polsce, stosy pytań, stosy trupów. I głosy. Obce języki, znajome twarze, nowe nazwiska. I w tym samym parszywym kotle najprostsze potrzeby. Najzwyklejsze ludzkie tęsknoty. Pulsująca szeptami bliskość, niewypowiedziane czułości. Czekanie, spełnienie, końce.
Piękny, nieprzerysowany, nieromantyzowany obraz powojennego, zbolałego kraju. Splątanych tożsamości. Każdy może wszystko, ale nie ma nic. Na szczęście są góry. I szczury. Mury, niemi strażnicy sekretów. Łatwe śmierci, trudne życia, krótkie miłości.
Wzrusza mnie ogromnie Matylda. Cieszy fakt, że tak często i różnie sięga się po historie ze świeżymi bliznami wojny. Świetna druga odsłona, konsekwentna, spójna, prosto w serce. Mój czytelniczy kierunek.