23/10/2023
193 lat temu (23 X 1830 r.) w Kłecku urodził się Władysław Nehring, jeden z najwybitniejszych przedstawicieli polskiej nauki w XIX wieku, "polski rektor niemieckiego uniwersytetu", Patron kłeckiego Gimnazjum.
Poniżej publikujemy wykład, jaki 13 lat temu - podczas międzynarodowej konferencji naukowej, zorganizowanej na Uniwersytecie Wrocławskim z okazji 180. rocznicy urodzin Władysława Nehringa - o swoim wielkim przodku, wygłosił prof. Aleksander Woźny , stryjeczny praprawnuk Władysława Nehringa.
Więcej o autorze wykładu można znaleźć tutaj:
https://dziennikarstwo.uni.wroc.pl/en/institute/lecturers/aleksander-wony/
Aleksander Woźny
Nehring - horyzonty pamięci
Zacznę od wyznania: miałem opory - i nadal je mam- przed włączaniem opowieści o moich bliskich - żyjących w odległym XIX stuleciu, a więc i dalekich - w tryby współczesnej humanistyki. O ile jeszcze hermeneutyczne ujęcie wydawało się możliwe do zaakceptowania, wszak jego korzenie sięgają dostatecznie głęboko, to uzupełniająca je w moim referacie perspektywa medioznawcza nie jest już tak szacowna. Przeto na mediatora i zarazem przewodnika medioznawcy poruszającego się bez gracji po obszarach tradycji, ale i literaturoznawcy, a więc mimo wszystko - z odrobiną elegancji,- przywołuję Platona, którego refleksja o wzajemnie zantagonizowanych piśmie i mowie, czyli o mediach, czyni także i moim stronnikiem.
Oto opowieść o Tamuzie, który prezentującemu na jego dworze bogu Teutowi - wynalazcy wielu pożytecznych rzeczy, w tym liter - rzekł: „Ten wynalazek niepamięć w duszach ludzkich posieje, bo człowiek, który się tego wyuczy przestanie ćwiczyć pamięć; zaufa pismu i będzie sobie przypominał wszystko z zewnątrz, a nie z własnego wnętrza, z siebie samego” . Relację o mądrym królu jednego z miast Górnego Egiptu lubią przytaczać nie tylko badacze pisma, a zwłaszcza literaturoznawcy, ale także mieszkańcy „technopolu”: Neil Postman czy Paul Levinson, do których opinii przyjdzie się jeszcze odwołać. Przywołuje ją także Paul Riocuer, który transponując opowieść o mitycznych narodzinach pisma „na mit o początku historii”, wyznaje: „(…) fascynuje mnie, tak samo jak Jacquesa Derridę, nieprzezwyciężalna wieloznaczność pharmakonu, podarowanego królowi przez boga. Stąd pytanie: czy nie należałoby również zapytać, czym jest pismo historii, lekiem czy trucizną?”
W „Fajdrosie”, gdzie wynalazek grafii przeciwstawiany jest pamięci prawdziwej, pamięci autentycznej jako jej zagrożenie, jako pharmakon, pismo zostaje porównane do malarstwa, „którego dzieła chcą uchodzić za żywe istoty” . To pokrewieństwo - przypomina Ricoeur - jest postrzegane jako coś niepokojącego (deinon , „straszne”) . Z rozmowy o piśmie, prowadzonej przez boga Teuta i króla Tamuza wyłania się zatem trzecie medium - obraz, medium naszej kulturze bodaj najbliższe, a zarazem rodzi się spor, którego echa docierają do nas. Do współczesności, w której rola obrazu jest nadrzędna. Do naszej teraźniejszości, której kształt nadawać mają właśnie fantomy „żywych istot”, symulakry.
W prowadzonej od wieków debacie, która przybiera m.in. kształt sporu między Teutem i Innisem - traktowanym przez Neila Posmana jak spadkobierca racji Tamuza - umieszczam opowieść o Nehringu, a raczej o Nehringach, a w ośrodkowej jej części kładę obraz -fotografię. Nie tę wprawdzie, którą tak dobrze wszyscy znamy, i która w mojej pamięci na zawsze pozostanie związana z polonistyką., z „salą Nehringa”. Nie tę zatem fotografię - podobiznę Władysława, lecz brata jego, Ferdynanda. Rzecz jasna nie istnieje ona w naszej rodzinnej pamięci autonomicznie. Przeciwnie, mocno odciśnięty jest w niej ślad wizerunku Władysława, jego dokonań, świadectw zapisanych. W naszej pamięci dochodzi bowiem do nieustannej fuzji horyzontów. Nakładają się w niej obie biografie, opowieści o obydwu braciach. Taka będzie moja o nich opowieść - rozpostarta pomiędzy świadectwami ustnymi, pisemnymi i tymi, które Rolland Barthes nazywa „światłem obrazu” fotografią. Pomiędzy śladami, które przybierają kształt odcisku materialnego, dokumentalnego bądź uczuciowego . Pomiędzy zapamiętywaniem a „poświadczaniem autentyczności”. Pomiędzy… Rozpoczętą enumerację można by wzbogacać o kolejne człony. Lepiej jednak - zgodnie z zgodnie z postulatem Tomasza Halika wprowadzić już na początku hermeneutyczną formułę: nie tylko, ale także. A zatem moja opowieść jest nie tylko o świadectwach pisemnych, ale także mówionych , nie tylko o „odciskach dokumentalnych” ale także uczuciowych. Nie tylko o Władysławie, ale także o Ferdynandzie.
Próbując połączyć obie role: literaturoznawcy i medioznawcy, rozpoczynam opowieść, moją/naszą historię rodzinną (naszą, bo jest ona żywa we wspomnieniach rodzinnych, moich braci i - przede wszystkim - naszej mamy, córki Marii z domu Nehring - strażnika pamięci i grobu Władysława); relację, która przybiera kształt opowiadania dziejącego się pomiędzy pismem, mową i fotografią, opowiadania transmedialnego, by skorzystać w tym miejscu z kategorii genologicznej powstałej w wyniku zmian zachodzących w środowisku nowych mediów. Upowszechnienione przez Henry’ego Jenkinsa badania nad komercyjnymi produkcjami medialnymi w rodzaju „Robinsonów”, „Matrixa”, „Gwiezdnych Wojen” czy „Harry’ego Pottera”, opisujące fenomen wzajemnego przenikania mechanizmów produkcji, reklamy i zaangażowania odbiorców w wieloplatformowe strategie medialne .
Wirtualne światy gier komputerowych towarzyszące upowszechnianiu takich marek jak „Matrix” czy „Star Wars” przyzwyczaiły użytkowników nowych mediów, zwłaszcza młodszej generacji, do współtworzenia opowiadania transmedialnego. Budowane w obszarze tego gatunku historie są „odsłaniane na różnych platformach medialnych, przy czym każde medium ma swój oddzielny wkład w nasze zrozumienie fikcyjnego świata” . Właściwe opowiadaniu transmedialnemu (transmedia storytelling) przemieszczanie bohaterów i fabuł pomiędzy platformami nadaje produktom medialnym wyjątkowa atrakcyjność, ujawniającą się także w niekończącym się pogłębianiu wizerunku bohaterów współtworzonych przez odbiorców opowieści.
Okazuje się jednak, że opowiadanie transmedialne nie jest narracją zarezerwowaną wyłącznie dla epoki nowych mediów. Tworzoną w średniowieczu opowieść o Jezusie -zaznacza Jenkins - „spotykał [odbiorca - przyp. A,W.] na wielu poziomach własnej kultury. Każda forma reprezentacji (witraż, gobelin, psalm, kazanie, przedstawienie) zakładała, że skądś już zna tę postać”
Otóż narrację o Nehringu i bliższym mi bracie jego, Ferdynandzie, traktuję jako opowiadanie transmedialne, łączy wszak ona świadectwa pisemne i ustne z tym medium, które jak twierdzi Roland Barthes, „stanowi cezurę w dziejach świata”, z fotografią (będącą rówieśnicą Władysława, urodzonego w 1830 r). Właśnie: nie kino, podkreśla literaturoznawca, lecz fotografia z właściwą jej zdolnością „poświadczania autentyczności”. która bierze [w niej - przyp. A.W.] górę nad zdolnością przedstawiania” Ujmując fotografię jako odnosząca się nie do przedmiotu, lecz do czasu, odrywa ją Barthes od malarstwa i wiąże z historią, z trwaniem, zauważając przy okazji, że ten sam wiek, 19. Stulecie wynalazło i Historię, i Fotografię .
Tyle uwag wstępnych. Przechodzę do historii (historyj) Nehringów opowiedzianych transmedialnie tj. zapośredniczonych mową, pismem i fotografią, a także - o czym pod koniec artykułu - prasą.
W opublikowanym w 1947 r. przez prof. Wiktora Hahna wspomnieniu o Władysławie Nehringu, które otwiera zdanie: „Z profesorem Nehringiem prowadziłem ożywioną korespondencję w latach 1899 - 1908, niemal do jego śmierci” . odnajduję - w przypisie - słowa: „Brat prof. Nehringa był właścicielem restauracji we Wrocławiu” . Passus o szczególnym dla mnie znaczeniu. Przede wszystkim z tej racji, że odnosi on do postaci bliższej mi od Władysława, do jego brata, a mojego prapradziada - Ferdynanda. Jest on także jedynym znanym mi z a p i s e m, śladem w piśmie jego obecności. Przywołuję tu język Paula Ricouera, jego filozoficzną hermeneutykę pamięci i zapomnienia. Wszystkie inne ślady obecności Ferdynanda Nehringa zachowały się jedynie jako świadectwa w mowie - docierały do moich braci i do mnie jako opowieści rodzinne pieczołowicie przechowywane w pamięci naszej mamy. Jest i jeszcze jedna przyczyna, dla której tak ważne miejsce w niniejszym referacie przypadło uwadze Hahna: jest ona nieprawdziwa: Ferdynand Nehring nie był właścicielem restauracji we Wrocławiu.
Rozważając fenomen pamięci Paul Ricoeur stawia pytanie: „Czy między biegunami pamięci indywidualnej i pamięci zbiorowej nie istnieje pośrednia płaszczyzna odniesienia, gdzie zachodzą konkretne zależności między żywą pamięcią poszczególnych osób a publiczną pamięcią wspólnot, do których te osoby należą?” I odpowiada, wskazując na trzeci z rodzajów „atrybucji pamięci”: „to płaszczyzna stosunków z bliskimi, której wolno nam przypisać zupełnie odrębny rodzaj pamięci” .
W odrębnym rodzaju pamięci, w pamięci moich bliskich nie ma śladu wspomnień o Ferdynandzie restauratorze. Przeciwnie - to, co zostało zachowane w świadectwach ustnych wyklucza tego typu kwalifikację jego aktywności zawodowej. W naszej pamięci przetrwały dwie opowieści o Ferdynandzie. Obie wiążą jego postać z powstańczą przeszłością, jednak każda z nich na swój sposób. Oto pierwsza z nich: Kiedy wrócił po trwającej wiele miesięcy tułaczce w drodze powrotnej z Syberii, dokąd został zesłany jako uczestnik powstania styczniowego, żona go nie poznała. Wycieńczony, zarośnięty przedwcześnie postarzały wyglądał na podwórzu własnego domu niczym dziad wędrowny. Dopiero kiedy pies zaczął się łasić do jego nóg, moja praprababka rozpoznała swego męża.
I druga opowieść: Kiedy był już na polskiej ziemi, wszedł do jakiejś wiejskiej chaty, a gospodyni zrobiła mu ogromną jajecznicę. Jej synek, który nigdy nie jadł takich frykasów, patrzył łakomie i powtarzał: „Dziadek nie zje. Dziadek nie zje. Ooo… dziadek zjadł. Daj wylizać pleckę”
Jest i trzecie świadectwo, które burzy wersję biografii Ferdynanda zaświadczoną przez Hahna. To jego fotografia, jedyna, jaka się zachowała. Zanim jednak pojawi się najważniejsze w tej opowieści transmedialnej świadectwo pamięci, chcę zatrzymać uwagę czytelnika na przywołanych już historiach o powrocie powstańca. Pierwsza z nich - scena powrotu nierozpoznanego męża, bogato wyposażona w kulturowy interteskt - zawiera doniosłą dla relacji o obu braciach informację. Ferdynand wraca do domu w Rutkach, w Wielkopolsce, niedaleko Kościana. O jego córkach, Olesi i Władzi, korespondujących - wiele lat później - ze swoim stryjem, profesorem Uniwersytetu Wrocławskiego zachowała się zabawna rodzinna anegdota. Cerowały mu one skarpetki, o czym z wdzięcznością wspominał w jednym z zachowanych listów, prawdopodobnie wysłanych na poznański ich adres (przy ul. Półwiejskiej), gdzie mieszkały przez wiele lat już po opuszczeniu rodzinnych Rutek. Listy Władysława i moich ciotecznych prababek nie przetrwały czasu wojny, pomimo że długo były one przechowywane w rodzinnym domu Marii Nehring, mojej babci, w Mochach.
Zaginione, ale zachowane w „odrębnym rodzaju pamięci” listy z Moch to jedyne znane mi ogniwo o tak szczególnym statusie , w którym łączą się narracje o biografiach obu braci. Rodzinna pamięć o adresatkach tej korespondencji, a właściwie jednej z nich pozostawiła ślad i na mojej biografii. Zabiegająca o nadanie mi imienia moja babcia kierowała się najprawdopodobniej pamięcią o swojej ciotce Olesi (Aleksandrze), druga z adresatek listów Nehringa, Władzia (Władysława) otrzymała imię po stryju.
Jest jeszcze jedno świadectwo - fotografia. Medium, które miało być lekarstwem na ból po stracie, po śmierci bliskich. To dzięki niej, dzięki fotografii - jak pisze Paul Levinson - pamięć mogła mieć postać materialną, mogła „zostać przekazana pozostałym dzieciom, a potem wnukom i prawnukom. W ten sposób obraz ratowano w sensie dosłownym przed niszczącym działaniem czasu” . Amerykański badacz mediów podkreśla, że chodzi o pamięć przekazywaną potomkom, wiążąc początki fotografii i jej zawrotną karierę z pragnieniem przechowania we wspomnieniu rodziny i bliskich wizerunku umarłych dzieci. To one w pierwszych latach istnienia wynalazku najczęściej były fotografowane.
Kładę nacisk - dla potrzeb szkicowanego tu konterfektu przodków - na związek fotografii ze śmiercią, bowiem dostrzegam więź pamięci moich bliskich, pamięci wspólnoty rodzinnej z przesłaniem jedynego zachowanego wizerunku Ferdynanda Nehringa. To fotografia z początku 20. wieku, na której został zachowany jego obraz jako powstańca 1863 r. Czy jest ona na tym szczególnym „szlaku atrybucyjnym pamięci” pharmaconem zapewniającym „niepodzielną ” . Czy jak przystało na pharmacon, zawiera w sobie więcej lekarstwa niż trucizny.? A może, jak zauważa Barthes w bardzo osobistej, wręcz intymnej opowieści o „świetle obrazu” , o fotografii swojej matki- jest ona - jako punctum - pamięcią prawdziwą, a nie jedynie zastępczą.
W swoim eseju Barthes wytycza dwa bieguny percepcji fotografii. Perspektywie studium, „polu o charakterze kulturowym” przeciwstawia punctum, nazywając je „intensywnością Czasu”, apelem: „to było”, skierowanym do oglądającego . O ile studium wiąże się z aktywnością , którą uczony próbuje przybliżyć za pomocą szeregu określeń odzwierciedlających zaangażowanie intelektualne, „dociekliwość, oddanie się pewnej rzeczy, skłonność do kogoś, pewien rodzaj ogólnego wciągnięcia się w coś, krzątaninę, oczywiście, ale bez szczególnego zapamiętania” , punctum nie poddaje się temu rytmowi. Przeciwnie, ten temat „drugi element” fotografii „wybiega ze sceny jak strzała i przeszywa mnie” Jest jak głębokie uczucie i ukłucie zarazem, miejsce szczególnie wrażliwe:
„Po łacinie znów istnieje słowo dla wyrażenia tej rany, tego użądlenia, tego znaku uczynionego przez zaostrzony przedmiot. To słowo odpowiadałoby mi tym bardziej, że odsyła także do znaku kropki, a zdjęcia, o których mówię są rzeczywiście jakby zaznaczone punktami, czasem nawet usiane tymi wrażliwymi miejscami. Bo właśnie te znamiona, te rany są punktami. Dlatego ten drugi element, który narusza studium, nazwę punctum; albowiem punctum to także użądlenie, dziurka, plamka, małe przecięcie - ale również rzut kośćmi”
Autor „Światła obrazu” istotnie pisze o wielu zdjęciach , ale jedno z nich zajmuje go szczególnie - w nim, zaznacza, „unosiło się coś z istoty Fotografii”. Z niego wyprowadza „całość Fotografii (jej „naturę”)” . To fotografia „bardzo stara. Naklejona na tekturce, wygniecione rogi, koloru wyblakłej sepii”. To w niej „-„szuka prawdy twarzy, która kochał” . I wreszcie ją znajduje:
„Wyrazistość twarzy, naiwne złożenie rąk. (…) Na tej twarzy, dziewczynki, widziałem dobroć, która uformowała natychmiast i na zawsze jej istotę, choć nie otrzymała tego od nikogo” . Niczym Grecy „wkraczający w Śmierć odwróceni tyłem: przed sobą mieli własną przeszłość”, tak syn przechodzi wstecz życie swojej matki, „tej, którą kochał” przeglądając jej fotografie. Cofa się o ćwierć wieku i dociera do tego jedynego zdjęcia, do obrazu matki z jej dzieciństwa, i widzi w nim „Najwyższe Dobro”, „matkę, matkę-dziecko”. Odkrywa ją „taką, jaką była sama w sobie” .
Podobnie czuję się użądlony zdjęciem Ferdynanda, który spogląda na mnie z oddalonej o 100 lat przeszłości, z fotografii naklejonej na tekturce, w kolorze wyblakłej sepii, i stawiam pytanie o zwarte w opowiadaniu transmedialnym - w fotografii i w relacjach rodzinnych - „poświadczenie autentyczności” tamtego czasu, o punctum, które wyzwala „pamięć prawdziwą”, które mnie przeszywa - łączę tu perspektywę Ricoeura z perspektywą Barthesa - niczym strzała. Tym punctum jest rogatywka, znak konfederacji barskiej, przejęty - po stu latach - w tradycji powstania styczniowego, utrwalony i wzmocniony w tradycji rodzinnej, w pamięci bliskich, tym właśnie zdjęciem z przełomu wieków; znak, który „wybiega ze sceny ku mnie”, oddalonemu od tamtej współczesności, współczesności tego właśnie zdjęcia o kolejne stulecie. Punctum, w którym kumuluje się pamięć trzech wieków.
W tym miejscu zdjęcie Ferdynanda, a obok jego rewers (skany fotografii są dołączone do niniejszego tekstu).
Punctum, mówi Barthes, „to znaczy w pewnym sensie odsłonić się” . Fascynuje mnie to odsłonić się Ferdynanda paradującego ulicami Gniezna, bo tam właśnie, nieopodal rodzinnego Kłecka, zrobione było zdjęcie, z rogatywką na głowie. Ta ostentacja starszego pana maszerującego do „Atelier L.E. Mąke. Gniezno” mieszczącego się przy ul. Lipowej (róg Kolejowej), ostentacja powstańca styczniowego wkraczającego w dwudzieste stulecie. Z laską w dłoni, chyba zatem utykał, musiał więc iść powoli, dostojnie. Z laską, z ostentacją i z rogatywką… Czy szedł sam ulicami Gniezna, czy też był z nim ktoś z rodziny? Czy sam postanowił - nam, swoim bliskim-dalekim - przekazać swój wizerunek, czy go ktoś do tego namówił? A jeśli tak , kim był ten, kto mu podsunął ten pomysł? Czy Władysław wiedział o tym, czy miał w rękach to zdjęcie? Czy dla niego też było ono punctum? W jakim stopniu tamto punctum - o ile nim było - pokrywało się z moim? Czym się różniło? Nie wiem, nie wiemy …
Fotografia rozrasta się, przenosząc przesłanie kierowane ku jej widzowi. Łączy się w niej wiele epok, jest czasem sprasowanym (172) Warto więc choćby na chwilę rozwinąć to, co zostało skondensowane w zdjęciu Ferdynanda, porzucając perspektywę punctum na rzecz czasu kalendarza. Spośród cech Ricoeurowskiego czasu kalendarzowego zatrzymuję się na wydarzeniu założycielskim i relacji do osi odniesieniowej. Pierwszą z właściwości określa filozof także mianem „punktu zerowego rachuby”, wskazując na wydarzenia, które w życiu społeczeństw „uważane są za otwierające nową erę ( narodziny Chrystusa lub Buddy, hidżra, pojawienie się jakiegoś władcy etc.)”. Druga na skutek odniesienia do „momentu osiowego” stwarza możliwość podążania czasu od „przeszłości ku teraźniejszości i od teraźniejszości ku przeszłości” .
Precyzując sposób rozumienia i rangę momentu osiowego – czy też, zgodnie z wersją późniejszą, przedstawioną w studium Pamięć - historia - zapomnienie: osi czasu – Ricoeur podkreśla, że jest on „cechą charakterystyczną, z której wypływają wszystkie inne” właściwości czasu kalendarzowego. Ale, z drugiej strony, „wydarzanie założycielskie”, oś czasu ujawnia się dopiero z perspektywy, z dystansu, wraz z uwzględnieniem drugiej z cech „czasu kalendarzowego”. Dopiero w relacji do „punktu zerowego” można śledzić uprzedniość i następczość, można „przebiegać” od przeszłości do teraźniejszości i od teraźniejszości ku przeszłości.
Ostentację Ferdynanda kroczącego ulicami Gniezna, której ślad zachował się na jego sfotografowanej twarzy, przypisuję randze wydarzenia założycielskiego jego biografii, potwierdzonego rogatywką. Oto „punkt zerowy” kalendarzowej rachuby zarówno tej biografii, jak i biografii społeczności, w ktorej się wychował. To rogatywka otwierała nową erę, to ona była :„momentem osiowym”, wobec którego można śledzić „uprzedniość i następczość” czasu biografii. Właściwości zachowane także w rodzinnych opowieściach, w których została przechowana relacja odniesieniowa wobec czasu powracającego z Syberii zesłańca. To ona okazała się najważniejszą w kalendarzu rodzinnych narracji rachubą czasu. Tak doniosłą, że w pamięci bliskich, owej „trzeciej pamięci”, przesłoniła wszystkie inne miary czasu - nie zachowała się żadna z dat życia Ferdynanda, nawet data jego urodzin.
Czy „oś czasu” porządkująca rodzinną narrację o Ferdynandzie odnosi się także do biografii Władysława? To pytanie o rogatywkę ujmowaną jako świadectwo relacji odniesieniowej tej biografii, jej punctum. Czy jakiś ślad, czy jakieś „świadectwo pisemne” owego kluczowego dla pamięci o Ferdynandzie punktu kalendarzowej rachuby porządkującej jego biografię, jego kalendarz życia zachowało się także w pamięci o jego bracie, Władysławie? Na tak postawione pytanie nietrudno jest dać odpowiedź. Wszak naukowe jego dzieło niemal w całości poświecone jest slawistycznym zabytkom, w tym zwłaszcza, o czym tak wiele powiedziano w czasie naszej konferencji, „świadectwom pisemnym” języka polskiego i polskiej literatury . Ale - zaznacza Ignacy Chrzanowski we wspomnieniu pośmiertnym - „w słowo drukowane włożył Nehring tylko część swojej rozległej, wszechstronnej w zakresie slawistyki wiedzy: całą wiedzę kładł w żywe słowo. Przez lat czterdzieści wykładał slawistykę w całej jej rozciągłości, ze szczególnym jednak uwzględnieniem rzeczy polskich” . W tym miejscu wspomnienia wylicza Chrzanowski w całej niemal rozciągłości tytuły wykładów poświęconych owym „rzeczom polskim”, kończąc swoją relację w podniosłym stylu: „Polakiem urodził się Władysław Nehring , Polakiem był przez cale życie i Polakiem umarł (…)” .
Zachowując ten wymiar opowiadania o biografii Władysława, z wyraźnie obecną w niej rogatywką, wracam do perspektywy wyznaczanej nadrzędną w moim referacie narracją - opowiadaniem transmedialnym. To bowiem w mediach , w „jednym z czasopism berlińskich” odnajduję potwierdzenie „punktu zerowego” kalendarzowej rachuby biografii Nehringa i wyznaczanej przez oś czasu relacji odniesieniowej. Świadectwo pisemne o szczególnej wymowie, bowiem nieskażone ani subiektywizmem, ani patetycznością, tak bardzo widoczną we wspomnieniach pośmiertnych, zwłaszcza w tych z czasówe zaborów. Dwa lata przed śmiercią, w 1907 r., kiedy Nehring „rozstawał się z profesurą odchodząc na emeryturę, otrzymał od pruskiego ministra >, zamieszczony we wrocławskiej prasie, w którym znalazły się następujące słowa: „z najgorętszym uznaniem wielkich zasług, które położył przez czas długiej działalności akademickiej”. Reakcja berlińskiego pisma Taegliche Rundschau była zdecydowana: „Przed zasługami naukowemi Nehringa - czołem! Tak, ale on okrywał chwałą język polski i literaturę polską! Czasami nawet wykładał po polsku, a i w domu jego mówiono po polsku !!!” . Cytat z niemieckiego czasopisma, zaczerpnięty z listu Nehringa, opatrzył Chrzanowski trzema wykrzyknikami, przebijając w ten sposób pełne oburzenia gazetowe wykrzyknienie o niedopuszczalnym mówieniu „w domu jego”, w domu Władysława, po polsku.
Za gazetowymi oskarżeniami o niedopuszczalnych obyczajach Nehringa - zarówno w miejscu pracy, na Uniwersytecie, jak i w domu - słychać głos opinii publicznej. Wyrażającej potępienie i domagającej się potępienia tak skandalicznej postawy uczonego. Ten problem interesująco przedstawia Paul Ricoeur. Rozważając relację tożsamości osobowej i tożsamości narracyjnej, konkluduje: „nie ma opowieści obojętnej etycznie”, po czym rozwija tę myśl nazywając literaturę „wielkim laboratorium, w którym wypróbowuje się wartościowania, oceny , sądy uznania i potępienia, dzięki czemu narracyjność pełni rolę wprowadzenia do etyki”
Myślę, że Nehring, Władysław Nehring wypróbowywał swoim pisaniem i mówieniem na katedrze ważne dlań wartościowania i sądy. Także te, które mogły spotkać się z wyrazami potępienia ze strony opinii publicznej zaborcy, reprezentowanej przez pismaków, choćby takich jak autor cytowanego artykułu zamieszczonego w berlińskim Taegliche Rundschau. Potwierdzał swą tożsamość, podobnie, a zarazem inaczej niż jego brat Ferdynand piszący swoją biografię rogatywką.
Tożsamość ich narracji , widocznych dopiero, posłużę się raz jeszcze Ricoeurem, „na szczeblu całego ich życia”(s191), pisanych całym ich życiem - przy diametralnej odmienności biografii - oksymoroniczną tożsamość dobrze opisuje figura korsykańskich bliźniaków, zapożyczona przez Michaela Holquista i Catherine Clark od Aleksandra Dumasa dla opisania fenomenu pokrewieństwa łączącego się z diametralnie przeciwstawnymi charakterami i biografiami. Amerykańscy badacze za pomocą tej właśnie figury opisywali przed laty relację między biografiami braci Bachtinów. Michała - światowej sławy humanisty XX stulecia - skromnego i opanowanego, zdystansowanego wobec innych - i starszego z nich Mikołaja: impulsywnego i kapryśnego, który po wybuchu rewolucji październikowej zaciąga się do Białej Gwardii, a w 1918 r. emigruje do Wielkiej Brytanii. Od tej chwili już nigdy się nie zobaczą. Żyją w różnych i tak odległych od siebie światach , że żaden z nich nie może dowiedzieć się niczego o drugim. Ale przecież zarazem cały czas podążają ta samą droga. Pasją każdego z nich jest nauka, zwłaszcza filozofia języka. O ile jednak Michał - pracowity i systematyczny - pisze niemal bez przerwy ,wypalając przy okazji trzy paczki papierosów dziennie, Mikołaj nigdy nie napisze więcej niż kilka zdań notatek, ułatwiających wygłoszenie wykładu. Bryluje w brytyjskim środowisku akademickim, nawiązując kontakty z jego najwybitniejszymi humanistami. Zainspirowany przeprowadzonymi z nim dyskusjami Ludwig Wittgenstein pisze jedno z najciekawszych dzieł dwudziestowiecznej filozofii i lingwistyki. - Dociekania filozoficzne . „Odpowiedzią” jest Marksizm i filozofia języka Michała Bachtina.
Historia o korsykańskich bliźniakach Nehringach nie jest aż tak dramatyczna - najbardziej krwawy totalitaryzm XX stulecia jeszcze wówczas był w powijakach - ale „odcisk uczuciowy” biografii pisanej rogatywką nie znika ani na chwilę z badawczego laboratorium Władysława, pozostającego częścią „wielkiego, jak pisze Ricoeur, laboratorium, w którym wypróbowuje się wartościowania, oceny, sady uznania i potępienia”. To laboratorium, o którym tyle się mówiło podczas naszej konferencji, nie jest na pewno opowieścią obojętną etycznie.