Ankiety Otwarte. Korwin Krul, Krulowa, Kelthuz, Dywizje Pancerne i Magia

Ankiety Otwarte. Korwin Krul, Krulowa, Kelthuz, Dywizje Pancerne i Magia Znamy odpowiedzi na Twoje pytania :)

10/08/2020

Czasem niezwykłego kulinarnego odkrycia można doznać nawet na stacji benzynowej. Wpadłem tam zatankować swoje jeszcze dychające autko. Płacąc fortunę za benzynę poczułem głód i pomyślałem, że może uda się dostać hot doga z promocji. Wtem jednak wzrok mój padł na estetyczną półeczkę, gdzie prezentował się pięknie ułożony rządek kanapek z napisem „SELEKCJA MAKŁOWICZ”. Widząc, że ten kucharski autorytet i mój niekwestionowany idol młodości zszedł ze swoich kulinarnych niebios do tej prostej i zapuszczonej stacji benzynowej padłem na kolana przed półeczką. Następnie dokonałem w głowie kalkulacji prowadzącej do wniosku, że za spróbowanie tego specjału warto będzie do końca miesiąca jechać już tylko na chlebie z masłem.
Wybrałem kanapkę CHORWACKĄ, bo tylko takie były dostępne. Otworzywszy opakowanie nabożnie i powoli skonsumowałem niezwykłą kompozycję składającą się, jak przypuszczałem, z szynki pršut oraz paškiego sira. Zawartość rozpływała się w ustach, a w uszach dzwoniły mi anegdotki Mistrza. Pomyślałem, że kłopoty finansowe kłopotami, ale raz się żyje i muszę częściej sięgać po posiłki z tej wspaniałej selekcji. Zastawienie laptopa w lombardzie ułatwiło praktykowanie mojego nowego hobby. Z plikiem banknotów pojawiałem się na stacji benzynowej w porze śniadania, obiadu i kolacji. Szybko spostrzegłem, że jedyną kanapką do wyboru jest chorwacka. A przecież w internecie zachęcali do spróbowania innych rodzajów: tunezyjskiej, londyńskiej, a nawet nowojorskiej. Kiedy pytałem o inne smaki, spotykałem się ze wzruszeniem ramionami. Odwiedziny innych stacji nie dawały rezultatu. Wszędzie czekał na mnie stos kanapeczek chorwackich.
Dopiero na stacji benzynowej na skraju miasta pewna tamtejsza pracowniczka udzieliła mi wskazówek. Ona również była fanką Makłowicza i nie mogła się doczekać kolejnych kanapek, podobno osobiście robionych przez Mistrza. Któregoś razu jednak zaczęły przyjeżdżać tylko chorwackie – i tak już zostało. Telefony do menadżerów nie dawały rezultatu. Kanapki przyjeżdżały zawsze osobnym autem dostawczym, prowadzonym najpewniej przez Chorwata. Moja rozmówczyni obawiała się, że muszą być jakieś poważne przyczyny tego stanu rzeczy – kochający podróże i różnorodność Makłowicz nie mógłby wpaść w taką monotonię. Przecież jego programy zawsze uczyły nas, że trzeba pięknie się różnić.
Przyznałem jej rację i zaczęliśmy współpracować. Gdy podjechał dostawczak z kolejnymi kanapkami (oczywiście chorwackimi) udało jej się mnie przemycić do chłodni. Auto jechało długo by zawieźć mnie do jakiegoś magazynu na peryferiach. Wszędzie pachniało pršutem i paškim sirem. Budynek patrolowali Chorwaci. Przyjrzałem się im dokładniej i nie mogłem uwierzyć! Nosili mundury ustaszy. Faszystowska organizacja chorwacka znów żywa, robiąca kanapki w Polsce? O co tu może chodzić?
Cios w łeb od kolby jednego z ustaszy, który mnie podszedł, szybko doprowadził do rozwiązania tej zagadki. Obezwładnili mnie i poprowadzili do wielkiej hali, wołając coś w stylu „Maklović, Maklović”. W hali znajdowała się taśma z kanapkami, wokół których uwijał się mój dawny idol. Prędkimi, ale wciąż profesjonalnymi ruchami dobierał składniki i szykował kolejne kanapeczki, które jechały do pakowania. Zostałem oswobodzony i zmuszony do pomagania Mistrzowi. Szybko zauważyłem, że znajduje się on, tak jak ja, w niewoli. Na pytanie jakim cudem doszło do tej sytuacji, odpowiedział:
- To, co pan widzi, to niestety wynik błędnego przepisu. Chciałem stworzyć zwieńczenie mojego kunsztu kucharskiego, kanapkę idealną, kanapkę austro-węgierską! Niestety przesadziłem ze składnikami typowymi dla Chorwacji i wyszło, co wyszło. Ciężkostrawne kanapki faszystowskie, a gdzie faszyzm i Chorwacja, tam ustasze. Teraz system utrzymuje się sam, a ja padam z nóg…jednak jest pewne rozwiązanie!
Makłowicz wtajemniczył mnie w swój plan. Trzeba było zmienić strukturę kanapki. Rozwiązaniem była czerwona suszona papryka, bowiem „niepisanym prawem każdego Europejczyka jest sypanie takiej ilości suszonej papryki ile dusza zapragnie”. Suszona papryka to wolność, to Austro-Węgry, to Marsz Radetzky’ego w przełyku. Kiedy ustasze spali zakradłem się do spiżarni i znalazłem worek z dobrą, węgierską suszoną papryką. Czym prędzej pobiegłem do Makłowicza. Ten najpierw spokojnie skosztował kilka sztuk, po czym stwierdził:
- Idealna, działamy natychmiast.
Zaczęliśmy dosypywać papryki do kanapeczek. Wraz ze wschodzącym słońcem usłyszałem odgłosy końskich kopyt i melodie walcu wiedeńskiego. W uszach zaczął dzwonić Mozart. Wyobraziłem sobie rysy Najjaśniejszego Pana Franciszka Józefa i ze wzruszenia zaczęły mi kapać łzy. Makłowicz pobiegł po kolejne składniki i gorączkowo je dodawał. Przed nami formowała się idealna CESARSKO-KRÓLEWSKA KANAPKA. Niestety ustasze budzili się i zaniepokojeni ruszyli w naszą stronę. Poczułem zapach wiedeńskiego sznycla i niebezpiecznie przechyliłem worek z papryką. Z tego wzburzenia emocjonalnego przestałem słuchać Makłowicza i to był błąd.
- ZA DUŻO PAPRYKI, ZA DUŻO!
Zawartość przesypywała mi się z worka. Kanapka robiła się czerwona. Mozart przestał brzmieć w uszach, Franciszek Józef rozwiał się. W tym momencie rozległy się strzały. Ustasze padali jak muchy. W drzwiach i oknach pojawili się przedstawiciele Narodowej Armii Wyzwolenia Jugosławii. Budynek został przez nich przejęty.
Jak się domyślacie, nie odzyskaliśmy wolności. Po prostu zmieniliśmy produkcję. Przypuszczam, że na stacjach benzynowych obecnie możecie znaleźć już tylko Kanapkę Jugosłowiańską. Jest tak ostra, że podobno nie mógł jej przełknąć żaden kulinarny generalissimus. Nie wiem, kiedy ten stan ulegnie zmianie. Przypominam tylko, że Tito był długowieczny.

10/07/2020
17/05/2020

Całe szczęście, że znów będzie można chodzić do fryzjera, bo myślałem już, że zwariuję.
Przez zakaz usług fryzjerskich zacząłem strasznie zarastać, więc żeby wybawić się z kłopotów, stwierdziłem że zamówię golarkę przez internet. Stwierdziłem, że skoro to wydatek na lata to szarpnę się na jakąś lepszą maszynę marki Braun. Poszukując jak najkorzystniejszej ceny zauważyłem, że jakaś fundacja z Osuchowej handluje bardzo zachwalanym modelem GREG44. Kliknąłem, by za niewielką kwotę stać się jego posiadaczem.
Przez kolejne dwa tygodnie zarastałem jeszcze bardziej czekając na kuriera. W końcu usłyszałem upragniony dzwonek do drzwi i odebrałem wielki karton. Zdziwiło mnie, że był większy od człowieka. Pokwitowawszy odbiór od zasapanego kuriera zabrałem się do otwierania pudła. Sięgnąłem ręką przez warstwę styropianu, którego nie powstydziłby się Jacek Kaczmarski i krzyknąłem ze strachu, gdy wymacałem w kartonie głowę człowieka.
Styropian rozsypał się na wszystkie strony, gdy wychyliła z niego głowa Grzegorza Brauna, a ja, przewracając się na plecy usłyszałem jego słynne
>SZCZĘŚĆ BOŻE
Zacząłem krzyczeć, że to jakiś żart, że to zagrożenie epidemiologiczne, że nie życzę sobie, ale Braun nie zwracał na to uwagi, spokojnie i z godnością otrzepując się ze styropianu. Następnie przerwał moje pełne oburzenia okrzyki spokojnymi zdaniami wypowiadanymi piękną polszczyzną
>Proszę pana, nie ma się co denerwować. Zamówił pan usługę fryzjera, chociaż ja wolę używać terminu TONSORA, ponieważ działalności tonsorów zapomniało zabronić nasze biedne ministerstwo. Moja wizyta w tym skromnym domu jest niewielkim, ale istotnym promyczkiem Wolnego Rynku pośród uciśnionego Narodu. Służę nie tylko nożyczkami i brzytwą, ale też, niczym prawdziwy barber, będę pana zabawiał ciekawostkami o polityce. Proszę siadać i przystąpmy do pracy.
Oponowałem jeszcze, że Braun nie ma maseczki, ale zabił mnie śmiechem, wymieniając dokładne statystyki epidemiczne i zestawiając je ze śmierciami wynikającymi z innych przypadków.
Dałem się w końcu namówić, Braun ostrzygł mnie i ogolił. Pomiędzy kolejnymi ruchami nożyczek faktycznie proponował najróżniejsze opowiadając o kondominium rosyjsko-niemieckim, o geopolityce, o Marcinie Lutrze, o Kościele, szkołach i strzelnicach (które nie powinny nigdy zostać zamknięte). Nawet włosy po mnie zamiótł. Następnie ustawił się przy półce w łazience, tam, gdzie powinny stać golarki i powiedział, że oczekuje dalszych życzeń dotyczących strzyżenia.
Przyzwyczaiłem się do tej nietypowej sytuacji, wołając Brauna do strzyżenia i czesania od czasu do czasu. Nawet karmienia nie wymagał. Powiedział, że rynkowo życzyłem sobie golarki, więc golarkę dostałem i on niczego nie potrzebuje oprócz tej stówki, którą i tak już dawno przelałem na konto Fundacji kartą.
Wszystko byłoby dobrze, gdyby po pewnym czasie nie zaczął się psuć. Wywiesił kartkę o usługach fryzjerskich w moim mieszkaniu, chodził po sąsiadach i zapraszał. Gdy zwróciłem uwagę, że może na mnie sprowadzić wizytę Sanepidu, Braun zaśmiał się, że tak tylko straszą i że jeśli się boję, już jestem niewolnikiem. Udało mu się namówić trzech sąsiadów na strzyżenie, a brał tylko dwie dychy od łebka.
Niestety czwarty dzwonek do drzwi należał do przedstawicieli Sanepidu. Wtedy Braun zaczął do nich krzyczeć, żeby wypuścili Naród z kwarantanny, a może nie skończy się Trybunałem Stanu i Dniem Sznura. Machał przy tym groźnie brzytwą, ale urzędnicy popukali się tylko po głowie, a że Braun zasłonił się immunitetem poselskim i zasypał ich wnioskami formalnymi, zrezygnowali z kary i wlepili nam tylko kwarantannę 14 dni.
Byłem wkurzony na Brauna, bo nie mogłem się ruszyć, wciąż meldowałem się na apce i przechodzącym policjantom. Braun krzyczał do nich, żeby nie używali siły (mimo że nie używali). Miałem wrażenie, że wszyscy coraz bardziej uważają mnie za szura.
Któregoś razu spałem sobie licząc, że wkrótce wyjdę z kwarantanny, gdy Braun obudził mnie w środku nocy.
>wstawaj, smyku, idziemy
>ale co, ale gdzie, kwarantanna
>dla wolnych ludzi nie ma kwarantanny od wolności. Przedsiębiorcy giną! Chodź na plac, to moje i Twoje zadanie. To jest czas dla Narodu.
Nie słuchając moich tłumaczeń, wyciągnął mnie z wielką siłą z łóżka, otworzył drzwi kopniakiem i pobiegliśmy na Strajk Przedsiębiorców. Nie mogłem mu się wyrwać, tłumaczyłem, że jestem w samej piżamie, ale na pośle nie robiło to żadnego wrażenia.
Znaleźliśmy się w samym centrum strajku, ludzie krzyczą dookoła, kordon policji, Braun rozkręcał się coraz bardziej. Zaczęło mi się udzielać, też chciałem domagać się pieniędzy na Tarczę i krzyczałem coraz głośniej. Nagle schwycili mnie policjanci, rozpaczliwym głosem wołałem za Braunem, ale w tym hałasie mnie nie słyszał.
Wywieźli mnie za Warszawę, wysadzili w małym miasteczku, a gdy powoływałem się na posła Brauna, który tak często mnie golił, śmiali się, że jestem wariatem. Podobno biegałem po mieście w piżamie z golarką marki Braun w ręce, przykładałem ją do ucha i przemawiałem do niej. Powiedzieli, że protest się skończył i mogę sobie wracać na piechotę do chaty, a mandat za złamanie kwarantanny przyjdzie pocztą awizo, co bym mógł sobie postać za nim kilka godzin w kolejce.
Jakoś dotarłem do domu i wkurzony napisałem reklamację do Fundacji, domagając się zwrotu pieniędzy za zepsutą golarkę, a w dodatku pokrycie kosztów kar pieniężnych. Odpisali mi, że mowy nie ma, że produkt był wymagający i wart swojej ceny, a chcącemu nie dzieje się krzywda, ale w ramach dobrej woli wyślą mi drobny upominek, żebym trochę wyluzował, bo strasznie spięty jestem.
Na upominek czekałem dłużej niż na golarkę. W końcu zasapany kurier wtoczył się przed drzwi z wielkim kartonem. Otworzyłem karton i ostrożnie zacząłem przeszukiwać styropian. Wyłonił się z niego Stanisław Żółtek i zapytał czy nie poratuję go szlugiem.

W związku z tym incydentem apelujemy do JE Premiera Mateusz Morawiecki o organizację wyborów w formie ankiety otwartej a...
30/04/2020

W związku z tym incydentem apelujemy do JE Premiera Mateusz Morawiecki o organizację wyborów w formie ankiety otwartej a do Georgette Mosbacher i Jonny Daniels o poruszenie kwestii przywrócenia ankiet otwartych na fanpejdżach w czasie najbliższego posiedzenia loży P9.

Kandydat na prezydenta Stanisław Żółtek twierdzi, że dotarł do oryginalnego pakietu wyborczego. Pokazał go w środę wieczorem na konferencji wyborczej. Jest już reakcja Poczty Polskiej.

02/04/2020

Oto objawy koronawirusa - przyjrzyj się znajomym i sprawdź czy można im ufać:
PRZYPADEK BEZOBJAWOWY - wydaje się zaangażowany w życie polityczne demokratycznego państwa tak jak wszyscy. Czasem tylko mruknie coś o „absurdach demokracji”.
LEKKIE PRZEZIĘBIENIE - taki przypadek twierdzi, że lekkie przeziębienie nie jest szkodliwe. Szeruje Korwina, Konfederację, dokładny ogląd wykaże posiadanie „Najwyższego Czasu!” w domu. Używa terminologii „krulewskiej”, niektórzy mają wpiętą koronę w klapę marynarki.
SUCHY KASZEL - taki pacjent poleca publicystykę konserwatyzmpl oraz „Pro Fide Rege et Lege”. Z pogardą odnosi się do demokracji, ale dla realizmu politycznego jest gotów zagłosować. Nawet wtedy wspomina o wyższości monarchii i rozsiewa o niej myśl.
GORĄCZKA - u tych pacjentów uruchamiają się objawy tzw. legitymizmu. Król, ale nie byle jaki, tylko ten właściwy zasługuje na koronę. Pacjent nie jest już w stanie głosować w wyborach, dostaje drgawek i mdłości, rzuca francuskie bon moty.
ZAPALENIE PŁUC - zakażenie jest ewidentne, pacjent na tym etapie sieje tytułami szlacheckimi nadawanymi przez Ogólnopolski i Polonijny Konwent Monarchistów.
ZGON - na tym etapie pacjent umiera, ale powoli.

Kiedyś to było... kwiiiiiiiik! Gimby nie znajo :(
29/08/2019

Kiedyś to było... kwiiiiiiiik! Gimby nie znajo :(

Wielkie Imperium Trollskie [*]

21/07/2019

P***ku! Przeczytaj uważnie tą wiadomość z przyszłości, którą udaje mi się w wyniku burzy elektromagnetycznej przenieść w przeszłość o kilka lat. Piszę do Ciebie, P***ku, z roku 2028 r. Sytuacja naszej demokracji jeszcze bardziej się pogorszyła. Po śmierci prezesa wstrząsnęły Polską wojny pisowskich diadochów, z których zwycięsko wyszedł Zbigniew Ziobro, który wkrótce potem mianował się cesarzem Ziobrem Pierwszym. Opozycja skończyła na emigracji lub w więzieniach. Ostatnie wybory w 2027 r. wygrał P*S z wynikiem 100%, po czym stwierdzono że w wyniku Woli Ludu wszystkie kolejne wybory są zawieszone. W wyniku inflacji każda matka dostaje 1500 PLN na połowę swojego dziecka, kobiet pracujących praktycznie w Polsce się już nie uświadczy. Pracują tylko pojedyncze feministki, które są opluwane i obrażane. To samo dotyczy kawalerów, do których należę. Co miesiąc płaciłem 1000 PLN bykowego, a codziennie musiałem meldować się w lokalnym komisariacie i tłumaczyć się policjantowi, dlaczego jeszcze nie znalazłem sobie żony. Życie w mieście to s*f, sam beton, markety otwarte 9-12, za to Żabka na każdym kroku. Pracowałem w takim sklepie od 6ej do 23ej (nie obowiązywały mnie prawa pracownicze z racji statusu sklepu - każdy jest "wojskową placówką pocztową działającą według prawa wojennego") startowałem do dwadzieścia lat starszej rozwiedzionej właścicielki, żeby uniknąć ciężaru podatków. Ta wybrała jednak Ukraińca ostatecznie niszcząc moje nadzieje na małą stabilizację, jaką chciałem znaleźć pod reżimem.
Byłem wyczerpany i kaszlałem krwią. Któregoś razu, gdy wracałem z komisariatu zauważyłem siedzącego na styropianie na ulicy barda. To nowe wcielenie Kaczmarskiego rzucając wyzwanie władzom deklamowało na całą ulicę:
"Nauczyli nas Kaszubi wolności,
O co P***k z Podkarpacia bardzo się złości".
Zaklaskałem bardowi, który ukłonił się głęboko, po czym zaczął uciekać przed goniącą go policją. No tak! Chociaż reżim trzymał się mocno w miastach i powiatach, nigdy na dobre nie skolonizował Kaszub. Czytaliśmy zakazaną bibułę o tej dwujęzycznej krainie, ostatniej ostoi demokracji, miejscu pochodzenia szlachetnego i legendarnego Tuska. Szeptaliśmy sobie na ucho o kaszubskiej wolności i praworządności oraz wierności zachodnim ideałom. W nieprzebytych kaszubskich lasach kryli się partyzanci, którzy powołali swoje małe republiki, gdzie uczyli pięknie się różnić. Nie namyślając się wiele, spakowałem swój niewielki dobytek i nie czekając na uzyskanie pozwolenia opuszczenia powiatu ukryłem się w pociągu towarowym i pojechałem do Chojnic, skąd przedarłem się do Kaszeb na piechotę.
Choć byłem brudny i umorusany, Kaszubi przyjęli mnie jak swego. Nakarmili, odziali i podali najnowszy numer "Gazety Wyborczej", która, jak się okazało, jeszcze tam wychodziła. Tak zaczął się najszczęśliwszy okres mojego życia. Jako wygnańcy unikaliśmy miast, sami zbieraliśmy i jedliśmy to, co zrodziła nam ziemia. Nie tylko byliśmy jednością z naturą, ale też z dawnym Państwem Polskim. Odtwarzaliśmy niezawisłe sądownictwo, zbieraliśmy pożółkłe karty książek dawnych autorytetów pokroju Bronisława Geremka, tłumaczyliśmy Konstytucję na kaszubski. W gospodarstwach stały małe ołtarzyki poświęcone Donaldowi Tuskowi, przy których stawaliśmy i skłaniając głowę szeptaliśmy "Donald, wróć".
Tak bardzo mi się powodziło, że wyswatano mnie z córką jednego z kaszubskich gospodarzy. Niestety demokratyczny, świecki ślub był zarazem najweselszym jak i najsmutniejszym dniem mojego życia. Odgłosy burzy, które towarzyszyły temu wydarzeniu, nie były dobrym znakiem. Gdy staliśmy w pięknie przybranej sali ktoś począł łomotać w drzwi. Początkowo myślałem, że to grzmoty, ale drzwi rozwarły się od kopniaka, a ja ze strachu skryłem się za moją przybraną w suknię ślubną wybranką.
Naprzeciw nas stały Oddziały Polski Solidarnej, którą wysłano do pacyfikacji kaszubskich wiosek i gosposarstw. Padały jedna po drugiej, teraz przyszedł czas na nas. Użyliśmy wszystkich naszych sił i staraliśmy się zakrzyczeć wroga okrzykami "De-mo-kracja! De-mo-kracja!", ale byli głusi na nasze wołania. Rozbili nawet posążek z Donaldem Tuskiem. Wiedziałem, że w obliczu wpatrzonej we mnie narzeczonej i jej rodziców zostaje mi już tylko jedno. Muszę uciekać! Pchnąłem ich w stronę żołnierzy, żeby dalej robili raban i uciekłem.
Tułałem się przez kaszubske lasy w burzy, całą noc. Za sobą słyszę ujadanie psów. Pościg już się zbliża. Przerobią mnie na tą samą masę, którą już są. Przypomniało mi się, jak spędzałem czas dekadę wcześniej - śmiałem się z wartości demokratycznych, z obrony Konstytucji, robiłem nawet "śmieszne" memy z autorytetami polskiej demokracji. Obojętność wystarczyła, bym dziś kurczył się wśród kaszubskich mchów. Kiedy przychodzili po innych, nie przeszkadzało mi to, nie byłem tym innym. Kiedy przyszli po mnie, nie było już nikogo, kto mógł się za mną wstawić.

30/03/2019

Siedzę sobie popijając drugą kawkę i tak się zastanawiam, czemu jeszcze nikt w tym kochanym internetowym pierdolniku nie zwrócił uwagi na to, co się odwala w komentarzach pod zdjęciami ładnych panienek na Instagramie? Niemalże przy każdym zdjęciu zacnej sraki damy, można zauważyć porozbieranych, pięknych pseudo chłopców, którzy przekrzykują się w tanich dwuznacznościach.
Wypociny fagasów napompowanych testosteronem stają się dużo bardziej żenujące niż ta cała lordoza silikonowych lal. Rozumiem, że pięciokrotnie wyższy poziom testosteronu zaburza pracę mózgu na rzecz móżdżku ulokowanego pomiędzy udami, ale może warto pomyśleć o ludziach, którzy przyglądają się tym marnym seksualnym podrywom i zastanawiają się „Co jest chłopie z Tobą nie tak?”. Tym bardziej, że nawet nie przywiązujecie uwagi do tego, że na prywatnych profilach macie podpięte żony i dzieci z drugiego i trzeciego małżeństwa. Rozumiem, że czujecie się arcy k***a wyjątkowi, nawet gdy wszyscy nosicie te same swetry od Armaniego, jeździcie tymi samymi audicami, dziaracie to samo g***o na ramieniu, a i korzystacie z tego samego miesięcznego karnetu na solarium, który wykorzystujecie w tydzień. Może jednak pomyślcie, że z zawodówki wyszliście już dobre kilkanaście lat temu i należałoby prezentować jakąś klasę? Jakąkolwiek? Gdzie macie ten swój charakter, dojrzałość emocjonalną i inteligencję, o której wciąż mówicie? Pytam, bo widzę cały dorobek Waszego życia i sens istnienia na Waszych kilku ostatnio wrzuconych zdjęciach na Insta lub Tinderze. Dobrze wyglądasz, wiesz jak taki wielki macho, prawdziwy facet z dumą wypisaną na twarzy i łbem pokrytym brylantyną. Tylko jaka to duma, kiedy sprowadza się do trzymania w dłoni średniej długości pen*sa – nie zastanawiaj się dziewczyno skąd wiem, sama zobaczysz, że ten szanujący się Pan już po 15 minutach średniej klasy, wyklepanych tekścików i żarcików o zabawieniu seksualnym, łaskawie Ci się nim pochwali. Także, strzeż się, bo jego ambiwalencja i miłość do samego siebie sprawi, że na pewno dostaniesz propozycję niezobowiązującego pukanka.
Pytam się zatem, ile panienek się na to zgodzi? Ile z nich okłamie mężów/chłopaków/partnerów, że musi zostać dłużej w pracy? Ile z nich nagle zacznie systematycznie chodzić na siłownie, oczywiście nie odnotowując żadnych sylwetkowych rezultatów poza, może, zakwasami wymęczonej wagino-pierdziawy?
Słabo, że niektóre współczesne i bądź co bądź ładne kobiety, budują swoje poczucie atrakcyjności na tanich komentarzach od panów z certyfikatami ctrl+c & ctrl+v (kopiuj & wklej). Słabo, że ich związkowymi ambicjami jest zlizywanie Kinder Bueno z wyrzeźbionych brzuchów ich trenerów, a w międzyczasie pierdolenie, że są na diecie. Choć z drugiej strony może byłaby z tego dobra motywacja, oczywiście do momentu aż piękne opakowanie nie odkryje, że uwielbiany trener, opanował pisanie komentarzy do perfekcji i potrafi w minutę przypucować 15 instagramowych tyłków?
Czego Wy się dziewczyny spodziewacie? Czego się spodziewają te wszystkie wolne, samotne matki, które zamiast oczekiwać dobrej kolacji, zadowalają się wątłej jakości parówą? Motywację tych wszystkich poopalanych panów jeszcze rozumiem. Jeśli ma się w dupie litr testosteronu, to nie ma co się dziwić, że im odpierdala i jaja chce rozwalić. Dlaczego mamy się im dziwić, że w życiu najbardziej cenią sobie swoje ciało, kilka drogich swetrów i seks, a nie jakieś tam zakochania? Że nie mają innych pasji, niż siedzenie na siłowni i ruchanie głupich dupeczek? To bardzo pierwotne i ambitne zajęcie dla mężczyzn, którzy z życia biorą pełnym… pen*sem. Takie są reperkusje i nie miejcie im za złe, że jak się spotkacie to nie ma z nimi o czym pogadać i najlepiej udać się po prostu do Was albo do nich. Nikt Wam nie obiecywał, że w pięknym pudełku, które nie potrafi się pogodzić z monogamią, znajdziecie mądrość, elokwencję, wyszukany dowcip i mężczyznę w mężczyźnie, który będzie chciał być tylko dla Was, a nie wszystkiego co ma jakiekolwiek cycki i literę A w imieniu.
Spójrzmy prawdzie w oczy. Faceci, którzy w nickach na Instagramie mają te całe i ifbb pro, athletics, official i inne gówna, a które mówią o nich wszystko, nie mają Wam do zaoferowania nic poza niezobowiązującymi układami, niemiecką furą w skórze i propozycją nie do odrzucenia na bycie jedną z wielu idiotek, która się wypnie. Jeśli Ci wychuchani goście mają na karku prawie 30 czy 40 lat i są nadal sami to na co liczycie? Mają świadomość swojej atrakcyjności, „zajebistości” i samowystarczalności, aby nie musieć wchodzić w związki – choć twierdzą inaczej, bo obiecanki to najprostsza forma ściągnięcia z Ciebie majtek. Nie znajdziecie w nich mężów lub chłopaków na stałe – zejdźcie na ziemię lub po prostu przyznajcie same przed sobą, że miałyście ochotę na to ciasteczko z kremem o smaku spompowanego kutasa. Przyznajcie się, bo nie ma w tym nic złego, że wszystko jest dla ludzi, zwłaszcza w czasach, gdy łatwiej o darmowy dostęp do wifi niż szczere uczucia, prawdę, bezinteresowność i wierność. I nie wspominam o tym przypadkowo, bo w tych wszystkich sztucznych kontaktach trudno określić kto jest łowcą, a kto zwierzyną.
Być może oboje jesteście warci siebie, bo traktujecie seks jako dyscyplinę narodową. A reszta?
Reszta niech dalej czyta te wszystkie komentarze i uczestniczy w tym niekończącym się festiwalu żenady. My naprawdę świetnie się bawimy oglądając romanse silikonowych ust z tymi zdesperowanymi mięśniami gąbczastymi i późniejsze zdziwko, że nie wyszło. Nikt Wam tyle nie naobiecuje, co facet, którego ciśnie w gaciach, a zrobi to tylko po to, żeby Was przelecieć, a następnie pozostawić w życiu jedno wielkie g***o. Jak lubisz wąchać kał kłamstwa, a później ze zdziwieniem pytać jak to się stało, że Twoja szanująca się koleżanka codziennie jada dobry obiad, to smacznego.
Zatem, życzę smacznych klocków od mężczyzn, którzy wydawali Wam się idealni, a z ideałami mieli tyle wspólnego, co zaawansowana lordoza u dziewczyny, która wmawia światu, że po tygodniu napierdalania smsów na siłowni, ma srakę wielkości Kim Sradarshian. Naiwnie tani jest ten plastikowy świat.
Podpisano trener ludzkich mózgów
i kastrat solarnianych pen*sów.
Niejaki Pan Kobus.

Postuję na martwej.
31/01/2019

Postuję na martwej.

Adres

Droga Krulewska
Józefów
00-JKM1PROCĘ

Godziny Otwarcia

Poniedziałek 18:00 - 02:00
Wtorek 18:00 - 02:00
Środa 18:00 - 02:00
Czwartek 18:00 - 02:00
Piątek 18:00 - 02:00
Sobota 18:00 - 02:00
Niedziela 18:00 - 02:00

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Ankiety Otwarte. Korwin Krul, Krulowa, Kelthuz, Dywizje Pancerne i Magia umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Udostępnij