10/08/2020
Czasem niezwykłego kulinarnego odkrycia można doznać nawet na stacji benzynowej. Wpadłem tam zatankować swoje jeszcze dychające autko. Płacąc fortunę za benzynę poczułem głód i pomyślałem, że może uda się dostać hot doga z promocji. Wtem jednak wzrok mój padł na estetyczną półeczkę, gdzie prezentował się pięknie ułożony rządek kanapek z napisem „SELEKCJA MAKŁOWICZ”. Widząc, że ten kucharski autorytet i mój niekwestionowany idol młodości zszedł ze swoich kulinarnych niebios do tej prostej i zapuszczonej stacji benzynowej padłem na kolana przed półeczką. Następnie dokonałem w głowie kalkulacji prowadzącej do wniosku, że za spróbowanie tego specjału warto będzie do końca miesiąca jechać już tylko na chlebie z masłem.
Wybrałem kanapkę CHORWACKĄ, bo tylko takie były dostępne. Otworzywszy opakowanie nabożnie i powoli skonsumowałem niezwykłą kompozycję składającą się, jak przypuszczałem, z szynki pršut oraz paškiego sira. Zawartość rozpływała się w ustach, a w uszach dzwoniły mi anegdotki Mistrza. Pomyślałem, że kłopoty finansowe kłopotami, ale raz się żyje i muszę częściej sięgać po posiłki z tej wspaniałej selekcji. Zastawienie laptopa w lombardzie ułatwiło praktykowanie mojego nowego hobby. Z plikiem banknotów pojawiałem się na stacji benzynowej w porze śniadania, obiadu i kolacji. Szybko spostrzegłem, że jedyną kanapką do wyboru jest chorwacka. A przecież w internecie zachęcali do spróbowania innych rodzajów: tunezyjskiej, londyńskiej, a nawet nowojorskiej. Kiedy pytałem o inne smaki, spotykałem się ze wzruszeniem ramionami. Odwiedziny innych stacji nie dawały rezultatu. Wszędzie czekał na mnie stos kanapeczek chorwackich.
Dopiero na stacji benzynowej na skraju miasta pewna tamtejsza pracowniczka udzieliła mi wskazówek. Ona również była fanką Makłowicza i nie mogła się doczekać kolejnych kanapek, podobno osobiście robionych przez Mistrza. Któregoś razu jednak zaczęły przyjeżdżać tylko chorwackie – i tak już zostało. Telefony do menadżerów nie dawały rezultatu. Kanapki przyjeżdżały zawsze osobnym autem dostawczym, prowadzonym najpewniej przez Chorwata. Moja rozmówczyni obawiała się, że muszą być jakieś poważne przyczyny tego stanu rzeczy – kochający podróże i różnorodność Makłowicz nie mógłby wpaść w taką monotonię. Przecież jego programy zawsze uczyły nas, że trzeba pięknie się różnić.
Przyznałem jej rację i zaczęliśmy współpracować. Gdy podjechał dostawczak z kolejnymi kanapkami (oczywiście chorwackimi) udało jej się mnie przemycić do chłodni. Auto jechało długo by zawieźć mnie do jakiegoś magazynu na peryferiach. Wszędzie pachniało pršutem i paškim sirem. Budynek patrolowali Chorwaci. Przyjrzałem się im dokładniej i nie mogłem uwierzyć! Nosili mundury ustaszy. Faszystowska organizacja chorwacka znów żywa, robiąca kanapki w Polsce? O co tu może chodzić?
Cios w łeb od kolby jednego z ustaszy, który mnie podszedł, szybko doprowadził do rozwiązania tej zagadki. Obezwładnili mnie i poprowadzili do wielkiej hali, wołając coś w stylu „Maklović, Maklović”. W hali znajdowała się taśma z kanapkami, wokół których uwijał się mój dawny idol. Prędkimi, ale wciąż profesjonalnymi ruchami dobierał składniki i szykował kolejne kanapeczki, które jechały do pakowania. Zostałem oswobodzony i zmuszony do pomagania Mistrzowi. Szybko zauważyłem, że znajduje się on, tak jak ja, w niewoli. Na pytanie jakim cudem doszło do tej sytuacji, odpowiedział:
- To, co pan widzi, to niestety wynik błędnego przepisu. Chciałem stworzyć zwieńczenie mojego kunsztu kucharskiego, kanapkę idealną, kanapkę austro-węgierską! Niestety przesadziłem ze składnikami typowymi dla Chorwacji i wyszło, co wyszło. Ciężkostrawne kanapki faszystowskie, a gdzie faszyzm i Chorwacja, tam ustasze. Teraz system utrzymuje się sam, a ja padam z nóg…jednak jest pewne rozwiązanie!
Makłowicz wtajemniczył mnie w swój plan. Trzeba było zmienić strukturę kanapki. Rozwiązaniem była czerwona suszona papryka, bowiem „niepisanym prawem każdego Europejczyka jest sypanie takiej ilości suszonej papryki ile dusza zapragnie”. Suszona papryka to wolność, to Austro-Węgry, to Marsz Radetzky’ego w przełyku. Kiedy ustasze spali zakradłem się do spiżarni i znalazłem worek z dobrą, węgierską suszoną papryką. Czym prędzej pobiegłem do Makłowicza. Ten najpierw spokojnie skosztował kilka sztuk, po czym stwierdził:
- Idealna, działamy natychmiast.
Zaczęliśmy dosypywać papryki do kanapeczek. Wraz ze wschodzącym słońcem usłyszałem odgłosy końskich kopyt i melodie walcu wiedeńskiego. W uszach zaczął dzwonić Mozart. Wyobraziłem sobie rysy Najjaśniejszego Pana Franciszka Józefa i ze wzruszenia zaczęły mi kapać łzy. Makłowicz pobiegł po kolejne składniki i gorączkowo je dodawał. Przed nami formowała się idealna CESARSKO-KRÓLEWSKA KANAPKA. Niestety ustasze budzili się i zaniepokojeni ruszyli w naszą stronę. Poczułem zapach wiedeńskiego sznycla i niebezpiecznie przechyliłem worek z papryką. Z tego wzburzenia emocjonalnego przestałem słuchać Makłowicza i to był błąd.
- ZA DUŻO PAPRYKI, ZA DUŻO!
Zawartość przesypywała mi się z worka. Kanapka robiła się czerwona. Mozart przestał brzmieć w uszach, Franciszek Józef rozwiał się. W tym momencie rozległy się strzały. Ustasze padali jak muchy. W drzwiach i oknach pojawili się przedstawiciele Narodowej Armii Wyzwolenia Jugosławii. Budynek został przez nich przejęty.
Jak się domyślacie, nie odzyskaliśmy wolności. Po prostu zmieniliśmy produkcję. Przypuszczam, że na stacjach benzynowych obecnie możecie znaleźć już tylko Kanapkę Jugosłowiańską. Jest tak ostra, że podobno nie mógł jej przełknąć żaden kulinarny generalissimus. Nie wiem, kiedy ten stan ulegnie zmianie. Przypominam tylko, że Tito był długowieczny.