07/10/2025
Opowieść o powstaniu zamku.
Pewnego razu młody Bolko Krzywousty wybrał się na łowy w okolicę Grodźca, by zapolować na jelenie. Wkrótce dojrzał ogromnego samca, więc rozpoczął za nim pogoń. Ranił go, ale zwierz silny był i mimo rany umykał ogromnymi skokami. Niebawem z gęstwiny się wysunął i ku pobliskiej rzece, co leniwie toczyła swe jasne wody, zmierzał. Dopadł rzeki, runął w wodę i płynąć począł, a w tejże chwili wypadły za nim psy, które rzuciły się w nurt i ścigały dalej nieszczęsnego zbiegła.
W ślad za psami ukazało się kilku ludzi pędzących na rozhukanych rumakach. Jeleń ostatnim wysiłkiem dopłynął do drugiego brzegu, wyskoczył nań i pomknął dalej. Z grupy jeźdźców najstarszy konia zatrzymał.
— Stać! — krzyknął.
Był to Piotr Włastowic, inaczej Włastem zwany, pochodzący ze starego polskiego rodu Łabędziów.
Drużyna zatrzymała się.
— Już go nie dogonimy, a wieczór się zbliża — rzekł, zwracając się do Bolka. — Tu musimy przenocować.
— Tutaj?! — wybuchnął Bolko, ściągając gniewnie brwi. — Zwierz raniony, daleko nie ujdzie, a ty miast gonić, o spoczynku myślisz?! Tożbym chyba sobą nie był, gdybym taką zdobycz wypuścił z ręki!
— Wasza Miłość! — zaczął Włast. — Toż już późno...
Za całą odpowiedź Bolko konia spiął i w wodę runął.
— Niech i tak będzie! — wykrzyknął Włast i bez namysłu skierował swojego konia również w wodę. Tylko w pędzie jeszcze huknął do czeladzi:
— A czekać mi w gotowości!
Płynęli tak czas jakiś mącąc jasną, przejrzystą powierzchnię. Konie parskały i sapały z wysiłku, aż wreszcie wyskoczyli na brzeg i znaleźli się w gęstwinie leśnej. Szybko ruszyli tropem zwierza, wiedząc, że tuneli go jednak. A godziny mijały. Jasny krąg słońca zniżał się szybko. Krwawa łuna zachodu oblała pnie leśnych olbrzymów. Włast ciągle rumaka Bolka pochwycił.
— Wasza Miłość — rzekł stanowczo — dalej nie pojedziemy, noc nadchodzi.
— Więc cóż? Myślisz, że się tchórzę?
— Nie to — oparł z powagą Włast. — Jeno pomnijcie, że życie Wasze należy do ziemi tej, naszej, rodzimej. Nie przystoi rycerzowi narażać go dla płochej igraszki!
Bolko pokonany nie opierał się już dłużej i udał się posłusznie za Włastem. Wspinali się teraz po łagodnej pochyłości na jakieś wzniesienie. A i las się zmienił, zaczynało się tu królestwo leśnych olbrzymów.
Noc już była głęboka, gdy stanęli wreszcie na szczycie wzgórza i zeskoczyli ze zmęczonych, potem okrytych rumaków. Włast skrzesał ognia, a że gałęzi suchych nie brakło, wnet płomień wysoki strzelił ku niebu. Przy blasku jego ujrzeli myśliwi, że siedzą na szerokim, krągłym szczycie wzgórza, na środku którego wznosił się dąb ogromnej wielkości. Włast z ciekawością spoglądał na konary olbrzyma, ciemne, chropowate, pokryte mchem, aż okrzyk grozy skoczył się z jego piersi.
— Co tam? — spytał z niepokojem Bolko.
Włast w milczeniu ręką wskazał na zagłębienie pnia. Ujęty w ramy konarów splątanych wiodąc nad ziemią, bielał niezgarnie z kamienia wystrojony posąg słowiańskiego bóstwa. Grube, nierówne rysy w błyskach ognia miały wyraz groźny i ponury, a oczy, błyszcząc w czerwonawym świetle, świeciły złowrogo, czerwonym blaskiem, wabiąc do siebie wzrok oglądających. Włast pierwszy oprzytomniał i splunął, „odczyniając urok”.
— Perun! — szepnął Bolko.
— Gród — sprostował Włast, żegnając się z trwogą zabobonną.
— Skąd on się tu wziął? — spytał Bolko.
— Niejeden on setkę lat już tu stoi. Pewno Mieszka I czasy pamięta! Gdy bałwany walono, ten w borze ukryty, ostał się na pewno. Z czasem ludzie zapomnieli o nim i tak stał. Chram odwieczny tu być musiał. Widzicie? Oto kamień ofiarny, tam, pod dębem, gdzie i szczątki kości bieleją.
Poczęli rozglądać się po otoczeniu, gwarząc z cicha. Już i sam posąg coraz mniej groźny im się zdawał. Wreszcie Bolko, przeciągnąwszy się, aż kości zatrzeszczały, ziewnął i rzekł:
— Róbcie, co chcecie. Ja idę spać!
— By jeno zło jakieś nie przyplątało się! — zamruczał Włast, patrząc nieufnie w kierunku dębu.
Bolko ramionami ruszył.
— Co znowu! Przecie chrześcijanie jesteśmy i mamy krzyżyki poświęcone na szyi.
— Złe zawsze drogo do człowieka znajdzie — mruknął Włast i owinął się opończą.
Niebawem obaj usnęli snem głębokim.
Obudziło ich szczekanie psów i rogów odgłosy. To czeladź niespokojna o Bolka i Własta ruszała ich śladem.
Przebudzony Włast też w róg zadął i niebawem drużyna cała dopadła wzgórza, witając radośnie Bolka, który stał jak oczarowany, z oczyma utkwiwszy w krajobrazie roztaczającym się przed nim.
— Spójrzcie! — rzekł z zachwytem.
Widok istotnie był piękny niezwykle. Stali na szczycie wzgórza okolonego ciemną ścianą boru, lecz samo wzgórze całe było pokryte, jak śniegiem, zaroślami kwitnącej czeremchy, a wśród niej mrowie motyli migało cicho. Bolko patrzył i oczu oderwać nie mógł.
— Hej! Żeby tak gród tu mieć! — wykrzyknął nagle. — Gród, co broniłby tej ziemi, jak inne moje warownie.
— Czemu nie! — wykrzyknął raźno jeden z drużyny. — Tędy nawet niegdyś droga musiała być przebrana przez ludzi, do chramu chodzących.
— Jako żywo! — przyświadczyli inni.
A Bolko już się palił cały by zamiar swój co rychlej w czyn wprowadzić.
Oburzył się Włast:
— Na pogańskim uroczysku siedzibę zakładać chcecie?! Tfu! Toż szaleństwo czyste!
— A gród tu stać będzie! — stanowczo powiedział Bolko. — Tak mi dopomóż Boże!
Niebawem na wzgórzu gród się rozsiadł warowny, Grodźcem zwany, gdyż zagrodził drogę fałszywym bóstwom, by dalej nie wędrowały w lud, co tak niedawno wyzbył się pogańskich obyczajów.
Opowieść pochodzi z książeczki Opowieści o Grodźcu Urszuli i Aleksandra Wiącków. Wydanej w 1984 roku przez Wojewódzki Dom Kultury w Legnicy