27/04/2026
Skrzypienie drewnianych drzwi było zaproszeniem do Kawulokowej Chaty w Istebnej, starej chałupy z 1863 roku. Ledwie przekroczyliśmy próg, świat współczesny jakby został za plecami. W środku – ciepło od pieca, zapach starego drewna i dymu, półmrok, w którym każdy przedmiot zdaje się mieć własną historię. I w tym wszystkim On – Jaśko, gawędziarz, który nie tyle opowiada, co przenosi nas w odległy czasy.
Wnętrze domu żyje dawnym rytmem. Na półkach stare naczynia, w kącie narzędzia, które pamiętają ręce mistrza, a między nimi snuje się opowieść – lekka, barwna, pełna humoru. Jaśko nie potrzebuje sceny ani mikrofonu. Wystarczy mu słowo… i ta niezwykła, śpiewna gwara istebniańska, która brzmi jak muzyka sama w sobie.
Opowiada o babce Kawulokowej, o ludziach, którzy tu żyli, o codzienności, która była surowa, ale nigdy pozbawiona uśmiechu. Jedno zdanie – i już śmiech rozchodzi się po całej izbie. Kolejne – i w tym śmiechu pojawia się nutka wzruszenia. Bo w tych historiach nie ma patosu ani wielkich słów. Jest życie – takie, jakie było naprawdę.
I nagle opowieść zmienia formę. Jaśko sięga po trombitę. Cisza. Dźwięk rozlewa się powoli, głęboko, jak echo dawnych lat. Potem kolejny instrument, kolejna melodia – i już nie słuchamy historii, tylko ją czujemy. Jakby czas naprawdę się cofnął, jakby za ścianą ktoś rozpalał ogień, a za oknem skrzypiał śnieg.
Najpiękniejsze w tym spotkaniu jest to, że nic nie jest tu udawane. To nie muzeum zamknięte w gablotach. To pamięć – żywa, opowiedziana, wyśmiana i wygrana na instrumentach. Jaśko z niezwykłą lekkością prowadzi nas przez świat, w którym – mimo trudów – zawsze było miejsce na żart. „Bez śmiechu to by tu nikt zimy nie przetrwoł” – mówi.
Wychodząc z tej chaty, człowiek niesie ze sobą coś więcej niż wspomnienie. Niesie zapach drewna, dźwięk trombity i echo śmiechu. I to ciche przekonanie, że przez chwilę naprawdę był gościem w dawnym świecie – świecie, do którego drzwi otwiera się nie kluczem, lecz opowieścią.
Fot: Tadeusz Otoka